sobota, 27 września 2014

Odżywki Nail Tek Foundation II oraz Eveline 8 w 1 Total Action

Obie odżywki znajdują się w szklanych buteleczkach z pędzelkiem, który zapewnia wygodną aplikację, a w składzie każdej z nich znajdziemy formaldehyd.



Formaldehyd (aldehyd mrówkowy) - jest substancją konserwującą w kosmetykach, zapobiegającą namnażaniu się bakterii. Stosowany jest także w produktach do paznokci w celu utwardzenia płytki paznokciowej.

czwartek, 25 września 2014

Masło shea organiczne/rafinowane z Zrób Sobie Krem


Masło shea długo było mi znane jako składnik używanych przeze mnie kosmetyków do twarzy, ciała i włosów. Zazwyczaj też byłam bardzo zadowolona z ich działania, które było tym lepsze, im więcej masła zawierały. W końcu postanowiłam się przekonać, jak sprawdzi  się "czyste" masło włączone do rytuałów pielęgnacyjnych i zamówiłam je w sklepie Zrób Sobie Krem. 


wtorek, 23 września 2014

Peeling enzymatyczny z owoców tropikalnych z e-naturalne


W pielęgnacji skóry twarzy używam niemal wyłącznie peelingów enzymatycznych, a wszelkie próby sięgnięcia po produkty z drobinkami prędzej czy później źle się kończyły. Skóra reagowała zaczerwienieniem, a nawet pieczeniem i podrapaniem. Staram się ich unikać i stawiam na delikatne działanie enzymów. Składając zamówienie w sklepie e-naturalne nie mogłam więc nie wrzucić także peelingu, który sądząc z opisu wychodził naprzeciw wymaganiom mojej cery. Byłam też ciekawa czy będzie tak dobry, jak ten z Biochemii Urody [recenzja].


poniedziałek, 22 września 2014

Pielęgnacja włosów w ostatnich tygodniach - regeneracja przesuszonych włosów


Moje włosy z natury są suche na długości, a u nasady mają tendencję do dość szybkiego przetłuszczania się. Wystarczy trochę słońca, suche powietrze, nieodpowiednie kosmetyki i przesuszenie gotowe. Ostatnim razem ten problem pojawił się u mnie już na początku lata. Najbardziej przesuszone były włosy od połowy długości, czyli końcowe 20 - 30 cm. Wybrałam się nawet do fryzjera, żeby obciąć tę część, ale skończyło się na skróceniu długości o 1 cm (tylko to, co było zniszczone), natomiast na suche partie zaproponowano mi serię zabiegów regenerujących. Postanawiłam jednak sama zająć się tym problemem i doprowadzić włosy do ładu. Dość szybko przyszła poprawa. Pomógł mi powrót do starych sposobów traktowania włosów i metod, za pomocą których staram się dbać o włosy.


niedziela, 21 września 2014

Essie, Fiji

Moja relacja z lakierem Fiji początkowo była szorstka, a wszystko za sprawą...  koloru. Gdzieś w sieci widziałam kilka swatchy i spodobał mi się jego niezwykle delikatny różowy odcień. W ostatnich miesiącach moja sympatia skłaniała się głównie w kierunku lakierów pastelowych, więc zapragnęłam go mieć. Los wyszedł naprzeciw mojemu chciejstwu i pewnego dnia skierowałam swoje kroki do Hebe, oczywiście tylko po jeden kosmetyk, który właśnie mi się skończył. Nie dość, że się spieszyłam, to jeszcze pojawiłam się w drogerii 5 minut przed zamknięciem, pędząc między regałami po zaplanowany konieczny sprawunek, spostrzegłam promocję lakierów Essie, a moje oko bardzo szybko wyłowiło z całej gromadki ten o nazwie Fiji, który po ułamku sekundy był już w koszyku. Po powrocie do domu musiałam zaraz pomalować paznokcie nową zdobyczą. Jakież było moje rozczarowanie, gdy skończyłam z niemal białymi paznokciami.

sobota, 20 września 2014

Krótko na temat: maseczki saszetkowe Bielenda, Soraya, Eveline

Zazwyczaj używam maseczek glinkowych, algowych lub gotowych w tubkach. Mimo wszystko gdy jestem w drogerii lub w markecie zdarza mi się podczytywać opisy oraz składy maseczek saszetkowych i zawsze jakaś wpadnie do koszyka w  nadziei, że okaże się pielęgnacyjną perełką. Wszystkie bohaterki tej zbiorczej recenzji znalazły się już w ostatnim denku TUTAJ i TU, a dziś powiem o nich troszkę więcej.


Bielenda, Professional Formula, Dotleniająco - nawilżająca maseczka enzymatyczna

piątek, 19 września 2014

The Balm, Mary-Lou Manizer

Nie wiem czy jest jeszcze ktoś, kto nie słyszałby o Mary-Lou. Ten rozświetlacz bije rekordy popularności oraz zbiera morze pochwał. Jest to jeden z tych kosmetyków, które mnie oczarowały i nie wiem dlaczego jeszcze nie doczekał się osobnego posta, skoro kupiłam go bez mała rok temu (post zakupowy).

czwartek, 18 września 2014

Biovax, Naturalne oleje, Intensywnie regenerująca maseczka 'Argan, makadamia, kokos'

Moja przygoda z tą maską rozpoczęła się na początku maja, kiedy to wrzuciłam w Biedronce kilka jej saszetek na spróbowanie. Efekt już po pierwszym użyciu przeszedł moje najśmielsze oczekiwania i gdy zobaczyłam włosy, to popadłam jednocześnie w zachwyt i rozpacz. Mimo wszystko pozytywy przekonały mnie do zakupu pełnowymiarowego opakowania.



środa, 17 września 2014

Woda teramalna La Roche-Posay oraz Uriage - porównanie

O wspaniałych właściwościach wody termalnej przekonałam się używając kosmetyków aptecznych z jej zawartością. Pierwszym moim zakupem ponad 10 lat temu były kosmetyki Avene, które fantastycznie służyły mojej cerze i używałam ich dość długo. Potem przyszła kolej na produkty z Vichy, Iwostin i La Roche-Posay. W końcu zdecydowałam się na zakup samej wody termalnej. Wybór padł na produkt, który stał się już wręcz legendarny we vlogo- i blogosferze, czyli na wodę termalną Uriage, co rusz wychwalaną pod niebiosa i stanowiącą albo obowiązkowy punkt codziennej pielęgnacji, albo obiekt pożądania wpisany na wishlistę większości  kobiet choć trochę interesujących się nowinkami i hitami kosmetycznymi. Natomiast wodę z La Roche-Posay dostałam dwukrotnie jako gratis przy zakupie kremu z filtrem tej marki. Która z nich okazała się lepsza i czy ten produkt okazał się także moim pielęgnacyjnym must have w dalszej części posta.


Moja opinia co do wód termalnych z Uriage i La Roche Posay kształtowała się dość długo, a stosunek do tego produktu przeszechodził kilka etapów - od entuzjazmu, poprzez zrezygnowanie, aż po umiarkowane zadowolenie. Wszystko dlatego że moja mieszana cera różnie reagowała na ich aplikację. Początkowo byłam na "nie" i wydawało mi się, że woda termalna nic nie robi i nie różni się od tej źródlanej. Czasem znowu zaskakiwała mnie pozytywnie i cieszyłam się, że mam ją pod ręką. Pierwszą, ostrożną opinię wodzie z Uriage przedstawiłam w poście denkowym niemal rok temu. Mając w użyciu także tę z La Roche-Posay doszłam do przekonania, że nie jest obojętne jaką wodę stosujemy, wiele zależy od rodzaju oraz kondycji skóry. Widzę znaczne różnice między tymi dwiema markami. Można to także poznać po odmiennym składzie.

Woda termalna Uriage



Pojemność: 150 ml.
Cena: 15 - 30 zł.
Dostępność: wybrane apteki stacjonarne, apteki internetowe, Allegro.

Opis producenta (z wizażu):
Woda termalna pochodząca z alpejskich źródeł, bogata w oligoelementy i sole mineralne (11 000mg/l), izotoniczna, o naturalnym pH. Przebadana klinicznie, nie zawiera konserwantów i substancji zapachowych. Polecana do codziennej pielęgnacji (od 6 miesiąca życia), dla każdego rodzaju skóry, nawet dla skóry bardzo wrażliwej. Poprawia kondycję skóry, zapewnia jej równowagę fizjologiczną, łagodzi podrażnienia i nawilża skórę.
Dzięki unikalnemu składowi preparat przynosi ulgę w wypadku: zaczerwienień, podrażnień typu pieluszkowe zapalenie skóry, podrażnienia słoneczne, zapalenia skóry po goleniu itp.
Sposób użycia: (Uwaga! inaczej, niż w przypadku innych wód termalnych)
Rozpylić na skórę, pozostawić do wyschnięcia, nie wycierać.
Skład:



Woda mieści się w metalowej butelce z genialnym atomizerem, który rewelacyjnie spełnia swoje zadanie, roztaczając delikatną mgiełkę wody na twarzy. Życzyłabym sobie, aby wszystkie opakowania kosmetyków (zwłaszcza do twarzy) z atomizerem, których używam działały w ten sam sposób. Szata graficzna przyjemna dla oka.


Plusem i cechą, która wyróżnia wodę termalną Uriage wśród produktów innych koncernów, jest fakt, że jest izotoniczna, tzn. że wody nie trzeba osuszać, tylko odczekać.

Po rozpyleniu wody na skórze, jeśli dostanie się jej odrobina na wargi, to czuć jej słonawy posmak. Jeśli mam przejść do jej działania, to tutaj ocena będzie bardziej skomplikowana.

Zdarzało się przez pewien okres woda po prostu nie działała, czyli nie zauważyłam, aby łagodziła, koiła, tonizowała, a już na pewno nie nawilżała, a wręcz po jej zastosowaniu odczuwałam nieprzyjemne ściągnięcie skóry. Buzia nadal była szara i zmęczona. Zjawisko to występowało głównie w na tych partiach twarzy, gdzie mam skórę suchą, której nie ratowała także w trakcie kuracji kwasem migdałowym [klik].

Zaczęłam więc po nią sięgać, kiedy nałożona na twarz maseczka glinkowa zaczynała wysychać. Tutaj często się przydawała, jednak równie dobrze mogłabym użyć wody źródlanej, toniku czy hydrolatu, więc nie była mi niezbędna do tego celu, zwłaszcza, że jej cena nie jest niska.

Zrehabilitowała się jednak latem, kiedy skóra była w dobrej kondycji, odpowiednio nawilżona i odżywiona, to Uriage z powodzeniem zastępowała mi tonik (poza delikatną okolicą wokół oczu). Po rozpyleniu otulającej mgiełki na twarzy buzia zyskiwała blask, koloryt się wyrównywał, naczynka były uspokojone. Woda wspaniale chłodziła i koiła, a ja byłam zadowolona z jej działania. Odpowiadała także tłustej strefie T, którą odpowiednio nawilżała. W tym miejscu skóra nie potrzebuje mocno odżywczych i dogłębnie nawilżających kosmetyków, lecz lekkie i delikatne nawilżacze, więc woda okazywała się dobrym wyborem. Dodatkowo wpływała łagodząco na skórę.

Ostatecznie więc woda termalna z Uriage najlepiej się spisała na tłustych partiach twarzy, gdzie najłatwiej było można dostrzec jej pozytywny wpływ i  mogłam po nią sięgać nie obawiając się zapchania. Często więc używałam jej tylko w obrębie strefy T, a na policzkach wody z La Roche-Posay lub nawilżającego toniku. Sądzę, że osoby ze skórą tłustą lub mieszaną w kierunku tłustej będą z niej zadowolone, natomiast w przypadku cery suchej/przesuszonej/odwodnionej będzie raczej nietrafioną inwestycją.


Plusy:
-  genialny atomizer, który idealnie rozprowadza wodę,
- nie trzeba jej osuszać,
- wydajność,
- nie powoduje podrażnienia, ani uczulenia,
- przydatna w trakcie stosowania maseczek glinkowych,
- koi i nawilża tłustą skórę,
- nie zapycha (co może się zdarzyć w przypadku toników).

Minusy w moim przypadku:
- na ogół nie wykazuje żadnych właściwości pielęgnacyjnych na suchych partiach twarzy,
- może powodować nieprzyjemne ściągnięcie suchej skóry,
- cena,
- dostępność.

Woda termalna La Roche- Posay



Pojemność/ Cena: 50ml/18,95 zł, 150 ml/30 zł, 300 ml/41 zł.
Dostępność: apteki stacjonarne oraz Internetowe, Allegro.

Opis producenta:
Zapobiega powstawaniu wolnych rodników, łagodzi i zmniejsza podrażnienia. Nie zawiera konserwantów. 
Wskazania: Podstawowa pielęgnacja skóry szczególnie wrażliwej. Łagodzi podrażnienia wywołane czynnikami zewnętrznymi (słońce, terapia dermatologiczna, ...), a jednocześnie przeciwdziała starzeniu się skóry. Dorośli i dzieci.   
Właściwości: Dzięki unikalnemu połączeniu soli mineralnych i oligoelementów, w tym Selenu, woda termalna z La Roche-Posay posiada potwierdone naukowo naturalne działanie łagodzące i hamujące powstawanie wolnych rodników.

Skład (z wizażu):
Wodorowęglany 396 mg/l, Wapń 140 mg/l, Krzemionka (SiO2) 30 mg/l, Magnez 4,9 mg/l, Stront 0,260 mg/l, Selen 0,060 mg/l, Cynk 0,022 mg/l, Miedź 0,005 mg/l.


Przede wszystkim atomizer lubi płatać figle, a mgiełka nie jest już tak przyjemna, jak w przypadku Uriage, ale jej aplikacja nie kojarzy się z negatywnymi wrażeniami. Mała butelka świetnie nadaje się do torebki, a w czasie podróży nie zajmuje dużo miejsca w bagażu. Tę wodę trzeba osuszyć/zebrać z twarzy po chwili od rozpylenia. Nie zauważyłam, żeby pominięcie tego wiązało się z jakąś negatywną reakcją.

Na mojej cerze zdradza już oznaki właściwości pielęgnacyjnych niezależnie od kondycji skóry. Chętnie po nią sięgałam w czasie kuracji kwasami (więcej o tym pisałam TUTAJ),  a także gdy cera była podrażniona czy przesuszona. Łagodzi i działa kojąco, nie wysusza skóry, ale też szczególnie nie nawilża, co najwyżej odrobinę. Mogłam ją zazwyczaj stosować także na skórze pod oczami, bez szkody w postaci przesuszenia i zmniejszenia elastyczności skóry (udawało się nią zastąpić tonik).

Jeśli stan skóry był lepszy, to działanie było spotęgowane i buzia, podobnie jak po Uriage nabierała blasku, równego kolorytu, a naczynka były ukojone, dużo lepiej także wówczas nawilżała skórę. W żaden sposób nie szkodziła także strefie T i z powodzeniem, bez obaw mogłam ją używać na całą twarz. Z tym że jednak w rejonie tłustej skóry bardziej odpowiadało mi działanie wody Uriage (chyba przez lekkie ściągnięcie skóry).



Plusy:
- łagodzi i koi,
- nie zapycha,
- wydajność,
- nie powoduje podrażnienia, ani uczulenia,
- przydatna w trakcie stosowania maseczek glinkowych,
- nadaje się do suchej skóry,
- odpowiednia dla skóry bardzo wrażliwej.


Minusy:
- nie zawsze dobrze nawilża,
- niedopracowany atomizer,
- cena.


Osatatecznie polubiłam wody termalne i dostrzegłam ich walory pielęgnacyjne. Uważam, że dla osób z cerą problematyczną, tłustą, skłonną do trądziku dobrym wyborem będzie woda Uriage, natomiast dla skóry suchej/przesuszonej lepsza będzie ta z La Roche-Posay, chociaż nada się także dla tej pierwszej grupy. Woda termalna może okazać się także jedyną alternatywą dla skóry wyjątkowo wrażliwej, podatnej na podrażnienia przez większość produktów dostępnych na rynku.

Niezależnie jednak od typu skóry i choć odkryłam drzemiący w wodzie termalnej pewnien potencjał nie zostałam przekonana, że jest mi ona niezbędna w pielęgnacji i mogę ją z powodzeniem zastąpić odpowiednio dobranymi tonikami czy też hydrolatami przy znacznie mniejszym obciążeniu portfela. 

Stosujecie w pielęgnacji cery wodę termalną czy uważacie, że to niepotrzebna strata pieniędzy? Jaka jest Wasza ulubiona woda?

wtorek, 16 września 2014

Dr Irena Eris, Clinic Way, 1° + 2° hialuronowe wygładzenie, Dermokrem przeciwzmarszczkowy pod oczy


Skóra pod oczami wymaga ciągłej uwagi i odpowiedniej pielęgnacji, zwłaszcza jeśli jest cienka, sucha i pojawiają się na niej znaki czasu w postaci zmarszczek mimicznych. Z uwagą zatem śledzę wszelkie notki o kremach pod oczy, szczególnie o tych wychodzących naprzeciw powyższym aspektom. Jeszcze w trakcie stosowania kremu Yves Rocher [recenzja] przeczytałam u IVONY recenzję dermokremu dr Ireny Eris, który wydał mi się na tyle ciekawy, że zapisałam go na listę kosmetyków do wypróbowania. Mijał już kolejny miesiąc stosowania YR a ja nie widziałam oczekiwanych efektów. W czasie jego używania skóra pod oczami nie uległa pogorszeniu, ale nie odnotowałam także poprawy. Zrezygnowana postanowiłam zainwestować w produkt pochodzący z nowej serii kosmetyków Dr Ireny Eris, Clinic Way.


Pojemność: 15 ml.
Cena: 79 zł.
Dostępność: apteki.

Opis producenta:



Skład:

Standardowe 15 ml kremu mieści się w wygodnym opakowaniu z pompką typu airless. Pojemnik ma perłowobiały kolor ze srebrną nakrętką. Niestety nie da się kontrolować poziomu zużycia. Pompka, nie dość że jest higienicznym i wygodnym rozwiązaniem, to działa znakomicie i dozuje odpowiednie ilości produktu. Szata graficzna jest prosta, bez ozdobników, typowa dla aptecznych produktów. Całość dodatkowo została umieszczona w kartonowym pudełku z dołączoną ulotką.

Konsystencja jest kremowa, produkt świetnie się rozprowadza i szybko wchłania. Jest bezzapachowy. Używałam go na noc, jak również na dzień. Nadaje się pod makijaż, który dobrze się  na nim utrzymuje, nie spływa, nie roluje się. Nie odnotowałam żadnego uczulenia, ani podrażnienia wrażliwej okolicy oczu. Wydajność jest dla mnie satysfakcjonująca - jak dotąd jeszcze się nie skończył, a stosuję go od ok. 3 miesięcy dwa razy dziennie.


Już po pierwszej aplikacji dermokremu 1 i 2 stopień pielęgnacji przeciwzmarszczkowej hialuronowe wygładzenie zauważyłam, że skóra była odpowiednio nawilżona, odżywiona i lekko napięta. Z każdym dniem efekty stawały się coraz lepsze.

Krem znacznie spłycił zmarszczki, z którymi nie poradził sobie wspomniany kolega z Yves Rocher. Miałam przesuszoną skórę pod oczami, a  używane przeze mnie korektory brzydko i nachalnie zbierały się w załamaniach. Po kilku tygodniach stosowania kremu z serii Clinic Way stały się one zdecydowanie płytsze, i nie muszę co chwilę sprawdzać, czy makijaż szpetnie się w nich nie gromadzi. Zmarszczki nie zostały "wyprasowane" całkowicie, ale są prawie niewidoczne, a elastyczność skóry uległa poprawie.

Producent obiecuje także redukcję sińców i worków pod oczami. Mogę tym miejscu potwierdzić, że faktycznie "rozjaśnia" spojrzenie, a skóra wygląda na dobrze nawilżoną i wypoczętą. Pomaga zredukować także trochę cienie pod oczami wynikające ze zmęczenia, natomiast na moje genetyczne sińce nie ma żadnego wpływu, co nie jest zresztą możliwe do zniwelowania żadnym kosmetykiem. Mogę tylko zakryć je dobrym korektorem, a takim okazał się dla mnie produkt firmy MAC, Pro Longwear Concealer [recenzja], który mocno zastyga i wysusza już i tak z natury suchą skórę, dlatego ważne jest zastosowanie dobrego kosmetyku nawilżającego zarówno przed aplikacją korektora, jak i regenerującego w nocy, a dermokrem Dr Ireny Eris świetnie radzi sobie z utrzymaniem skóry w odpowiedniej kondycji.


Plusy:
- nawilża,
- odżywia,
- wygładza pojawiające się drobne zmarszczki mimiczne,
- poprawia elastyczność/napięcie skóry, 
- wspomaga redukcję cieni pod oczami (ale nie genetycznych!), 
- nie podrażnia i nie uczula,
- konsystencja,
- szybko się wchłania,
- estetyczne i higieniczne opakowanie,
- sprawna pompka dozująca żądaną ilość produktu,
- wydajność.

Minusy:
- cena.

Z działania dermokremu jestem niezmiernie zadowolona, spełnił moje oczekiwania i choć do najtańszych nie należy, dla mnie jest trafioną inwestycją. Mogę go polecić osobom około 30. roku życia, które mają suchą, potrzebującą dobrego nawilżenia i odżywienia, tracącą elastyczność skórę wokół oczu, na której odciska się zmęczenie w postaci cieni, a także obserwujące pojawianie się pierwszych zmarszczek mimicznych. Nie mam złudzeń, że na trwałe zmarszczki jakiś krem coś pomoże, a te z którymi ja się zmagałam wynikały zapewne z przesuszenia i spadku elastyczności. Okazał się więc świetnym kosmetykiem anty-aging wspierającym walkę z pojawiającymi się zmarszczkami.

Używacie kremów pod oczy? Jak dbacie o skórę pod oczami? Macie jakieś sprawdzone kosmetyki Dr Ireny Eris?

poniedziałek, 15 września 2014

Wibo Eliksir - pomadki do ust

Na topie są obecnie matowe i długotrwałe produkty do ust. I muszę przyznać, że formuła longlasting równie mocno mnie przyciąga, co przeraża, gdyż zazwyczaj takie kosmetyki mocno przesuszają usta. Prędzej czy później zapewne ulegnę pokusie i znajdą się w mojej kosmetyczce. Tymczasem sięgam po sprawdzone pomadki Wibo Eliksir, których właściwości bardzo mi odpowiadają. Posiadam kolory o numerach 01, 05, 06, 08.


Pojemność: 4,2 g.
Cena: ok. 10 zł.
Dostępność: drogerie Rossmann.

Opis producenta (ze strony Wibo:)
Podkreślone i nawilżone usta
- nie wysusza ust i dodatkowo sprawia, że stają się aksamitnie miękkie
- trwalsza niż błyszczyk
- najmodniejsze odcienie sezonu
Nabłyszczająca formuła pomadki  zapewnia ustom nawilżenie nadając im soczysty kolor. W kolekcji znajduje się 8 modnych i klasycznych odcieni – wystarczy wybrać jeden z nich dla siebie i czarować pięknym uśmiechem. W palecie kolorów znajdą się odcienie różu, brązu i czerwieni. Lekka konsystencja pozwala na łatwe rozprowadzenie się koloru tworząc ochronną powłokę na ustach by prezentowały się nie tylko pięknie ale i zdrowo.

Opakowanie to chyba najgorsza cecha tego produktu. Pomijam już wrażenia wizualne, bo to kwestia gustu i skupię się na łatwości użytkowania. Niestety jest ono niepraktyczne i mało funkcjonalne. Zamykanie nie należy do wygodnych, a tworzywo, z którego są wykonane nie jest solidne i mimo, że starałam się uważać na te pomadki, to przy jednej z nich pękła obudowa. 

Teraz już mogę przejść do przyjemniejszych kwestii związanych z właściwościami samego produktu. Konsystencja jest kremowa i jak pisze producent "lekka", a pomadki z łatwością rozprowadzają się na ustach. Wykończenie mają lekko błyszczykowe. Mam wrażenie, że nadają ustom miękkości i sprawiają, że wyglądają na nawilżone. Nie zauważyłam, żeby w zimie twardniały i utrudniały aplikację. Obawiałam się, że gdy temperatura wzrośnie będą się topić. W największe letnie upały stają się jedynie odrobinkę masłowate, ale na ogół "trzymają" formę. Miałam kiedyś pomadkę Lovely, która dosłownie się rozpływała i musiałam trzymać ją w lodówce. Są także pod tym względem trochę lepsze od błyszczyko-poamdek z Celii i nie paćkają tak opakowania.

Zapach mają delikatny, nienachalny, lekko słodkawy. Poziom krycia można stopniować od lekkiego nabłyszczenia i podkreślenia koloru do pełnego krycia przy kilku warstwach.

Trwałość mają podobną do innych błyszczyko-pomadek, czyli nie tak dobrą jak szminki matujące, jednak lepszą niż zwykłe błyszczyki (przynajmniej na moich ustach). Mnie to zupełnie nie przeszkadza i wolę nawet częściej ponawiać aplikację, byle tylko pomadka nie wysuszała ust. Eliksiry tego nie czynią, wręcz można powiedzieć, że nawilżają. Nie podkreślają suchych skórek oraz nie wchodzą w załamania.

Od lewej: 08, 01, 05, 06
Najlepsze dla mnie są pomadki w odcieniach różu i koralu, więc najbardziej polubiłam 06 (róż z dodatkiem maliny, trudny do określenia, ale według mnie piękny) oraz 01 (chłodny róż, trochę bardziej cukierkowy).

Po odcień 05 (nienachalny, raczej delikatny beżo - brąz) też zdarza mi się sięgać, chociaż nie do końca jest to "mój" kolor, ale przy odpowiednio dobranych cieniach do powiek i różu na policzkach, bywa świetnym dopełnieniem całego makijażu).

08 okazała się kompletnie nietrafionym zakupem, gdyż nie lubię intensywnie pomalowanych ust - źle się wtedy czuję i źle wyglądam. Skusiłam się na nią na promocji, za niecałe 5 zł, żeby spróbować przekonać się do mocniejszych warg i oswajałam się z nią w domowym zaciszu, jednak utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że intensywne czerwienie (z domieszką pomarańczu i maliny) nie są dla mnie.

08, 01, 05, 06



Plusy:
- nie wysuszają ust, a nawet lekko nawilżają,
- nadają ustom miękkości (wyglądają na zadbane i nawilżone),
- nie podkreślają suchych skórek,
- nie wchodzą w załamania,
 - należą do czołówki pod względem krycia, trwałości i konsystencji wśród błyszczyko-pomadek,
- dostępność.

Minusy:
- fatalne opakowanie.

Podsumowując, pomadki Wibo Eliksir będą dobrym wyborem dla wszystkich nie przepadających za wysuszającymi produktami do ust oraz poszkujących pomadek, które nie wchodzą w załamania i nie podkreślają suchych skórek. Fanki matowych oraz długotrwałych szminek mogą je sobie odpuścić.

Macie swoje Eliksiry czy wolicie matowe i długotrwałe szminki? 

sobota, 13 września 2014

Nowości w mojej kosmetyczce

Dawno się nie chwaliłam tym, co nowego zagościło w mojej kosmetyczce, więc pozwoliłam sobie dziś na taki post. Od wielu miesięcy ograniczam zakupy i koncentruję się na zużywaniu zapasów. Jest coraz lepiej, w łazience i toaletce robi się więcej miejsca, a ja dokupuję tylko to, co jest mi potrzebne lub właśnie się skończyło. Przeważnie był to jeden - dwa produkty na kilka tygodni, toteż o nich nie wspominałam. Ostatnio jednak pojawiło się trochę więcej kosmetyków, więc zapraszam na mały przegląd. Będzie trochę powrotów oraz produktów w ogóle mi nie znanych.




Bourjois, Witaminizowany, bezalkoholowy tonik, 250 ml/11,19 zł - produkty Bourjois bardzo lubię, zwłaszcza wodę micelarną [recenzja], miałam też płyn do demakijażu oczu [recenzja], a teraz przyszła kolej na tonik. Dla mnie to produkt pierwszej potrzeby, zwłaszcza jeśli chodzi o skórę wokół oczu oraz policzki i czoło. W tych strefach potrzebuję odżywczych, łagodzących i nawilżających kosmetyków. Właśnie skończył mi się i tonik, i woda termalna, więc zakup był konieczny. Tonik jest według producenta wzbogacony w pochodne witaminy C i bezalkoholowy, a że obecnie jest na promocji w Rossmannie, to od razu wrzuciłam do koszyka. Cena regularna: 13,99 zł.

Purederm, Kolagenowa maseczka pod oczy w postaci płatków, 30 szt./7,99 zł - trafiłam na promocję w Hebe i nie oparłam się pokusie wypróbowania. Staram się dbać o okolicę wokół oczu, tym bardziej teraz, gdy często stosuję wysuszający korektor MAC, Pro Longwear Concealer [recenzja]. Nastolatką też nie jestem, toteż zwracam szczególną uwagę na potrzeby skóry i często sięgam po różnego typu maseczki oraz płatki.

AA Technologia Wieku, Multi Regeneracja, Krem rozjaśniający cienie pod oczami, 15 ml/15,99 zł - nie był na promocji, jednak jest jednym z moich ulubionych i najbardziej skutecznych kremów pod oczy, jakich dotąd używałam. Jest też chyba najtańszy z moich pewniaków. Wygładza skórę, odpowiednio ją nawilża i odżywia.  Pisałam o nim więcej TUTAJ. Ostatnio zmieniło się opakowanie.

Himalaya Herbals, Aloe Vera * Winter Cherry, Krem odżywczy do twarzy 'Całodzienne nawilżanie', 50ml/4,99 zł - chyba jest  na niego promocja w Hebe. Kiedyś używałam próbki i byłam bardzo zadowolona z poziomu nawilżenia i odżywienia skóry, więc pokusiłam się o pełnowymiarowe opakowanie. Mam nadzieję, że w dłuższej perspektywie będzie równie skuteczny, co próbka.

Vichy, Capital Soleil, Aksamitny krem do twarzy SPF 50+ (skóra wrażliwa, normalna i sucha), 50 ml/47,90 zł - planuję powrót do stosowania kosmetyków z kwasem migdałowym [klik], dlatego krem z filtrem będzie niezbędny. Zużyłam już kilka tubek kremu matującego z Vichy SPF 50 [receznzja] oraz z SPF 30 [receznzja]. Tym razem postawiłam na wersję dla cery suchej, znaną mi już z próbek i bardziej "tłustą". Mam zamiar stosować krem na suchą strefę twarzy, którą kwasy będą jeszcze dodatkowo wysuszać. Do przetłuszczającej się strefy T będę używać innego kosmetyku z filtem.


Jantar, Odżywka do włosów i skóry głowy, 100 ml/11,90 zł - od kilku miesięcy włosy wypadają mi na potęgę. Właściwie nigdy nie przeżyłam podobnego wypadania. Postanowiłam wrócić do słynnej wcierki, którą stosowałam w zeszłym roku [recenzja] i wówczas mi pomogła. Chociaż nie do końca byłam zadowolona z efektów, to jednak odnotowałam poprawę i liczę, że tym razem również chociaż trochę zmniejszy wypadanie i wpłynie także na pojawienie się baby hair (nigdy wcześniej nie miałam z tym klopotu, a tym razem jest ich jak na lekastwo). Nie kupiłam wówczas kolejnego opakowania, gdyż piekł mnie lekko od niej skalp. Nie był to jednak duży dyskomfort, a w obliczu obecnego armagedonu na mojej głowie, to już nie mam się nad czym zastanawiać. Oczywiście, jeśli coś się będzie działo odstawię natychmiast.

Green Pharmacy, Olejek łopianowy ze skrzypem polnym, 100 ml/7,49 zł - te olejki cieszą się dobrą sławą w blogosferze, więc kupiłam w nadziei, że wesprze moją walkę z nadmiernym wypadaniem włosów. 


Yodeyma, Celebrity, 15 ml/bezpłatna próbka - na stronie Yodeyma można zamówić sobie darmową próbkę wód toaletowych, o czym pewnie większość z Was już słyszała. Do wyboru jest ponad 80 zapachów damskich i męskich. Każdy zapach jest opisany i wyszczególnione są nuty, jakie zawiera. Trudno jednak zgadnąć, jak ostatecznie wyjdzie to w praktyce. Po przeczytaniu kilkudziesięciu opisów dalej miałam mętlik w głowie. W końcu zamówiłam wodę o nazwie Celebrity określaną przez markę w następujący sposób: Celebrity Woman  wesoły i rześki zapach. Idealny dla kobiety cieszącej się życiem. Nuty Głowy to pierwszy akord zapachu, który czujemy w perfumach: Czarna porzeczka. Nuty Serca stanowią duszę perfum: Irys. Nuty Bazy to takie, które nadają perfumom głębię: Paczula. (źródło)

Próbka, ani koszty przesyłki nie są odpłatne. Woda dotarła do mnie kilka dni temu, po ponad tygodniu od zamówienia i z miejsca mnie oczarowała. Zapach jest prześliczny, dla mnie idealny, choć oczywiście każdy ma inne preferencje. Póki co psiknęłam się 3 - 4 razy (w buteleczce widać większy ubytek, gdyż nie przychodzi pełna), utrzymuje się wiele godzin (dla mnie jest zadziwiająco trwały, zwłaszcza jak na wodę toaletową). Należę do osób, którym niestety szybko nudzą się zapachy i często lubię zmiany. Jeśli to zauroczenie nie minie zanim wykorzystam próbkę, to na pewno zamówię sobie większą pojemność


Taft, Suchy szampon na każdą pogodę, Natychmiastowa objętość i tekstura, 150 ml - dostałam jako gratis do zakupów. Ma według producenta nadawać objętości, więc wykorzystam go w roli stylizatora do unoszenia włosów u nasady, o ile informacje na opakowaniu nie są czczymi przechwałkami. 

Joanna Naturia, Szampon z pokrzywą i zieloną herbatą do włosów przetłuszczających się i normalnych, 200 ml/5,49 zł - jeden z moich ulubionych szamponów. Świetnie oczyszcza i pozostawia moje włosy gładkie, jak spod żelazka, a raczej prostownicy (taka reakcja na kosmetyk do włosów u mnie jest rzadkością), przy tym nie ich nie obciążając. Nadaje puszystości i lekko odbija od nasady. Któraś z kolei butelka i na pewno nie ostatnia. [Recenzja]

Isana, Olejek pod prysznic 'Melon i gruszka', 300 ml/2,99 zł - za taką cenę szkoda było się nie skusić.

Znacie te kosmetyki? Co o nich sądzicie? Jak Wasze zakupy - szaleństwo czy może umiar?

piątek, 12 września 2014

Krótko na temat kosmetyków: Farmona, Isana, BeBeauty, Barwa

Moje zbiory kosmetyczne są dość bogate i codziennie sięgam po produkty, które nie doczekały się nawet małej wzmianki na blogu i zapewne z różnych powodów nie powstałaby ich pełna recenzja,  dlatego postanowiłam od czasu do czasu zamieszczać posty zawierające moją opinię na temat kilku kosmetyków jednocześnie. Patrząc na bohaterów tej recenzji zbiorczej, to dochodzę do wniosku, że równie dobrze post mogłabym zatytułować "tanie i dobre", bowiem "najdroższy" kosmetyk z tej gromadki kosztuje 13 zł i chociaż nie wszystkie produkty mnie oczarowały, to muszę im przyznać sprawiedliwość i powiedzieć, że robią swoje i w dodatku robią to dobrze. Które z nich okazały się moimi perełkami, a których raczej ponownie nie zaproszę do swojej łazienki przekonacie się w dalszej części posta.



Farmona, Tutti Frutti, Mus do ciała 'Melon i arbuz'


Produkt ma bardzo lekką konsystencję musu lub pianki. Łatwo rozprowadza się na skórze i błyskawiczne się wchłania, nie pozostawiając żadnego filmu, co umożliwia ubranie się zaraz po kąpieli i przejście do codziennych aktywności. Pachnie dość intensywnie, ale bardzo ładnie (to jest chyba cecha charakterystyczna kosmetyków z linii Tutti Frutti). Chociaż rankiem nie lubię maziać się smarowidłami o ostrej woni, to dla tego produktu zrobiłam wyjątek. Muszę przyznać, że nie drażnił mnie jego zapach utrzymujący się kilka godzin na skórze, a wręcz uprzyjemniał mi letnie dni.

Właściwości pielęgnacyjne nie są oszałamiające, jednak kosmetyk dostatecznie nawilżał moją suchą skórę. Latem daję fory mazidłom, gdyż nie wymagam aż takiej dawki nawilżenia i odżywienia, jak w pozostałe pory roku. Zimą z pewnością by się nie u mnie nie sprawdził.
Podsumowując, mus znakomicie spisuje się w dni, kiedy żar leje się z nieba - szybko się wchłania, nie pozostawia filmu, nie lepi się, pachnie egzotycznymi owocami i przyzwoicie nawilża, ale kiedy temperatura spada, osoby z suchą skórą powinny go sobie odpuścić. Ostatecznie jestem (nawet bardzo) na tak! Myślę, że wrócę do niego za rok. Cena 13 zł/275 ml.

Farmona, Tutti Frutti, Opalizujący olejek do kąpieli 'Brzoskwinia & Mango'


Pękata przezroczysta butelka mieści aż 500 ml produktu, który jest bardzo wydajny, a do umycia się wystarczy zaledwie odrobina. Nie posiadam wanny, więc używałam go jak zwykłego żelu pod prysznic. Zapach ma owocowy, dość intensywny i bardzo przyjemny. Jednak po pewnym czasie może się znudzić, toteż stosowałam go na zmianę z innymi kosmetykami myjącymi.

Na plus zaliczam świetną konsystencję - olejkową, ale nie tłustą, w której zatopione są "opalizujące" drobinki. Po kąpieli w ogóle nie są widoczne na ciele, co akurat mi nie przeszkadza. Osoby oczekujące efektu "rozświetlenia" skóry mogą jednak poczuć się rozczarowane. Produkt tworzy przyjemną pianę, nie podrażnia, nie uczula, nie przesusza nadmiernie, ale też nie nawilża, ani nie natłuszcza i konieczne jest użycie balsamu. Stosunek ceny do pojemności korzystny. Cena 10 - 12 zł/500 ml.

Barwa Ziołowa, Szampon 'Skrzyp polny' do włosów wypadających 


Nie wyrządził mi żadnej krzywdy, nie podrażniał skalpu, nie spowodował łupieżu. Dobrze oczyszczał i nie przyspieszał przetłuszczania się. Włosy mogłam myć jak zwykle co drugi dzień. Zapach ma typowy do tanich szamponów ziołowych. Konsystencja też w porządku, nie jest bardzo  rzadka, ale do niektórych "gęścioszków" mu trochę brakuje. Otwór według mnie jest odpowiedni do formuły produktu i umożliwia dozowanie odpowiedniej ilości. Zważywszy na ogromną dziurę w wersji z lnem [recenzja] tym razem jest dużo lepiej. Pieni się przyzwoicie, jednak włosy podczas mycia nie są miękkie lecz szorstkie w dotyku i może także powodować ich plątanie.

W żaden sposób nie wpłynął na zmniejszenie wypadania włosów (tu odkrycia nie ma; zazwyczaj szampon dość krótko trzymamy na głowie, by mógł zadziałać i raczej się tego nie spodziewałam). Ważne dla mnie jest, aby szampon nie puszył mi włosów, a ten robi to delikatnie, więc przymykam oko. Mimo że produkt ma sporo zalet, to mnie jakoś nie oczarował i nie mam ochoty na ponowny zakup. Tani jak barszcz, a do tego wydajny, co jednak mnie nie pocieszało, bo jest go prawie pół litra (480 ml), a nie standardowe 300 ml, toteż musiałam się z nim męczyć dość długo. Jeśli jednak ktoś poszukuje dobrego i niedrogiego szamponu oczyszczającego z SLES, to może okazać się interesującym kandydatem. Cena ok. 6 zł/480 ml.

Isana, Pianka do golenia do skóry wrażliwej z aloesem


Ten produkt jest już chyba kultowy i znakomita większość dziewczyn, które miały z nim do czynienia się zachwyca. Na mnie nie zrobił wielkiego wrażenia, ale chyba tylko dlatego, że jednak wolę golić nogi "na żel pod prysznic". Owszem przyznaję, pianka ma odpowiednią konsystencję, zapewnia dobry poślizg dla maszynki. Nigdy nie zdarzyło mi się zacięcie, gdy jej używałam. Całkiem przyjemnie pachnie. Opakowanie jest estetyczne, solidne i funkcjonalne. Jest wydajna, dobrze się rozprowadza. Pianka nie podrażnia, chociaż moja skóra ma do tego dużą tendencję. Nie wysusza, ale powoduje lekkie napięcie skóry, nie jest ono jednak wywołane przesuszeniem i nie powoduje dyskomfortu. Aż trudno uwierzyć, że produkt kosztuje w promocji niecałe 5 zł. Jeśli lubicie pianki do golenia i szukacie takiej, która nie podrażnia, to ta na pewno jest warta wypróbowania. Cena 5,29 zł/150 ml.

BeBeauty Body Expertiv, Spa Bali, Żel pod prysznic


W tym żelu uwielbiam przede wszystkim jego przyjemy zapach, który najbardziej przypomina mi peeling gruszkowy z Joanna Naturia [recenzja]. Już sam żółty kolor od razu rano nastraja mnie optymistycznie i dodaje energii, a wieczorem poprawia humor po całym dniu. Ma gęstą formułę żelu, w której zatopione są delikatne drobinki (nasiona moreli), niezbyt ostre. Jednak przy mojej wrażliwej i suchej skórze oraz regularnym stosowaniu można pokusić się o stwierdzenie, że to żel peelingujący. Pieni się dość dobrze. Myje, i owszem, ale warto zabrać pod prysznic także żel do higieny intymnej, gdyż raczej od stóp do głów się nim nie umyjemy. Pozostawia skórę bardzo gładką, nie przesusza, nie podrażnia. Kosztuje około 5 zł/300 ml.

Z całej piątki najprzyjemniej używało mi się musu Tutti Frutti 'Melon i arbuz' oraz żelu pod prysznic BeBeauty Spa Bali i do nich zapewne jeszcze kiedyś wrócę. Pozostałe kosmetyki, chociaż dobrze spełniały swoje funkcje, to jednak nie zauroczyły mnie na tyle, żeby miała ochotę na ponowny zakup.

Mieliście te produkty? Jak się u Was spisały?

wtorek, 9 września 2014

MAC, Pro Longwear Concealer - długotrwały korektor

Z zamiarem zakupu tego korektora nosiłam się jakieś dwa lata. Kilka razy nawet wrzucałam go do koszyka na Allegro, ale gdy przychodziło do sfinalizowania transakcji dopadały mnie wątpliwości i odkładałam to na bliżej nieokreślone "później". Bałam się nie tylko podróbek, ale i tego, że nie trafię z odcieniem, a poniosę tylko koszty. Kiedy więc wczesną wiosną dowiedziałam się, że produkty MAC mają pojawić się w drogeriach Douglas od razu pobiegłam po korektor Pro Longwear Concealer. Niestety spotkało mnie rozczarowanie, gdyż w żadnej z pobliskich perfumerii nie wprowadzono kosmetyków tej marki. W końcu postanowiłam zaryzykować i zakupić go online.


Pojemność: 9 ml.
Cena: 77 zł.
Dostępność: stacjonarne sklepy MAC oraz wybrane drogerie Douglas, online - sklep MAC, Douglas (tutaj nabyłam swój egzemplarz).


Opis producenta (ze strony MAC):
Lekki korektor w płynie, zapewniający krycie od lekkiego do średniego i komfortowe, naturalnie matowe wykończenie. Doskonale stapiająca się ze skórą formuła utrzymuje się do 15 godzin. Pomaga zatuszować cienie pod oczami i przebarwienia. Opakowany w przezroczystą, szklaną buteleczkę z matową, czarną pompką.


Z opakowania nie jestem zadowolona. Korektor znajduje się w szklanej butelce z pompką. Szkło było niefortunnym pomysłem, gdyż wystarczy moment nieuwagi i może się zbić. Początkowo nawet przechowywałam go w pojemniczku zastępczym (plastikowym słoiczku z Rossmanna), do którego dozowałam około dwie pompki i to wystarczało mi na około tydzień (nie ma sensu przekładać większej ilości, gdyż korektor w końcu zasycha).

Niestety, jakkolwiek pompka jest higienicznym rozwiązaniem i nie zacina się, to jednak za każdym razem dozuje większą ilość produktu niż potrzebuję, co prowadzi do marnotrawstwa. Można próbować wycisnąć mniej, ale poranny pośpiech nie sprzyja takim zabawom. Mimo wszystko kosmetyk jest wydajny i chociaż używam go często od prawie pół roku, to została mi jeszcze ponad 1/3 opakowania. Produkt jest ważny przez 6 miesięcy od otwarcia, tymczasem nawet  "szastając" nim ciężko jest się zmieścić w tym terminie i jeśli nie zmienią się jego właściwości mam zamiar używać go nadal.

Plusem jest dość szeroka gama kolorystyczna. Na stronie maccosmetics.pl obecnie znajduje się 16 odcieni + limitowany NC 25 (podczas gdy inne marki proponują zazwyczaj około 4) i wydaje mi się, że każdy będzie w stanie dopasować sobie odpowiedni kolor. Inna sprawa, że dokonanie tego online nastręcza sporo kłopotów. W końcu zdecydowałam się na odcień NC 15 (jasnobeżowy, chyba najjaśniejszy i pozbawiony różowych tonów), który okazał się dla mnie strzałem w dziesiątkę.  


Korektor ma lekką formułę i dość szybko zastyga na skórze. Utrzymuje się w nienaruszonym stanie od momentu aplikacji, aż do demakijażu, czasem więc nawet kilkanaście godzin.

Pięknie stapia się ze skórą, nie ciemnieje i nie tworzy maski. Współpracuje także z innymi kosmetykami, m.in. podkładami płynnymi (np. Revlon ColorStay, Max Factor Face Finity All Day Flawless 3 w 1), nawet tymi zawierającymi różowe tony (Gosh, X-Ceptional Wear Foundation, 11 Porcelain), jak również mineralnymi (Anabelle Minerals, Natural Fairest).

Kupiłam go głównie z myślą o zakrywaniu dość mocnych cieni pod oczami. Zdaję sobie sprawę, że na delikatną i cienką skórę w tym rejonie twarzy może być zbyt obciążający, dlatego staram się w miarę możliwości nie używać go codziennie oraz zapewnić odpowiednią pielęgnację. Zawsze stosuję krem pod oczy (bez względu na to jakie produkty aplikuję później).

Poziom krycia jak najbardziej mnie satysfakcjonuje. Producent deklaruje krycie od lekkiego do średniego, a ja bym powiedziała, że jest nawet lepiej i można nim osiągnąć krycie średnie "+" w porywach do pełnego (dokładając produktu). Bez problemu zakrywa:
  • przebarwienia posłoneczne (brązowe plamki),
  • przebarwienia potrądzikowe/pozapalne,
  • wypryski - zaczerwienione krostki kryje znakomicie i pierwszy raz spotkałam się z tym, że ogromna dioda stała się niewidoczna na wiele godzin, a makijaż cały czas wyglądał tak, jak w momencie nałożenia.
  • naczynka i zaczerwienienia - bardzo dobre krycie przez kilkanaście godzin, jedna warstwa zapewnia średnie krycie, dwie warstwy - pełne.
  • cienie pod oczami - dotąd nie spotkałam się z lepiej je kryjącym korektorem, który przy tym nie zbiera się nachalnie w zmarszczkach.

    Owszem, zdarzyło się kilka razy, że wchodził w zmarszczki i chociaż były to incydenty, nie mogę przemilczeć tego faktu. Swego czasu moja skóra pod oczami przechodziła kryzys, pojawiło się więcej dość głębokich zmarszczek, była przesuszona i w tym okresie czasami korektor pojawiał się też w powstałych bruzdach.

    Obecnie doszłam do ładu z kondycją skóry, a zmarszczki uległy znacznemu spłyceniu i  zjawisko przestało mieć miejsce. Osadza się raczej na skórze, uwidaczniając "pęknięcia", ale w samych zmarszczkach się nie gromadzi. Starałam się to uchwycić na zdjęciu poniżej (przy samej linii rzęs na dolnej powiece). Według mnie nie ma tragedii.

Plusy:
- stopień krycia (od delikatnego do mocnego),
- długotrwały!
- nie tworzy maski,
- nie ciemnieje,
- lekka formuła (łatwo się go nakłada),
- współpracuje z różnymi podkładami,
- bogata gama kolorystyczna,
- wydajność.

Minusy:
- dostępność (a co za tym idzie trudności z doborem odpowiedniego odcienia),
- szklany słoik,
- pompka dozująca zbyt dużą ilość produktu,
- może wchodzić w głębsze zmarszczki.


Uzbierało się kilka wad, jednak w większości nie dotyczą one bezpośrednio samego produktu, a jedynie wpływają na komfort jego stosowania. Póki co to najlepszy korektor, jaki miałam okazję używać. Imponująca jest jego długotrwałość, poziom krycia i to, jak pięknie wygląda na skórze. Cena, choć do niskich nie należy, to uważam, że jest adekwatna do oferowanej jakości. Mogę tylko żałować, że nie zdecydowałam się na jego zakup wcześniej.

Co sądzicie o tym korektorze? Możecie mi polecić kosmetyki dobrze kryjące (mega) cienie pod oczami?

czwartek, 4 września 2014

Francuska glinka czerwona - idealny kosmetyk dla mojej cery

Glinki są nieodzownym elementem pielęgnacji mojej skóry. Sięgam po nie regularnie od lat, a czerwona należy do tych najbardziej ukochanych. Zazwyczaj zamawiam ją ze strony Zrób Sobie Krem, ale można ją znaleźć także w innych sklepach internetowych oraz stacjonarnych (zielarskich, z kosmetykami naturalnymi).


Opis ze strony sklepu Zrób Sobie Krem:
Glinka czerwona znajduje zastosowanie w pielęgnacji cery tłustej i normalnej. Działa delikatnie odtłuszczjąco i łagodniej ściąga pory niż glinka zielona. Polecana jest dla cery z trądzikiem różowatym, zapobiega także rozszerzaniu się naczynek krwionośnych. Remineralizuje skórę, oczyszcza z toksyn. Dla cery delikatnej wrażliwej polecamy mieszać w proporcjach 1:3 glinkę czerwoną z glinką białą. W ten sposób otrzymuje się tak zwaną glinkę różową.
Glinkę czerwoną można używać także jako surowiec do produkcji kremów, mleczek i toników. W kosmetykach powoduje efekt matowienia, absorbuje nadmierną produkcję łoju oraz wzbogaca krem w mikroelementy i sole mineralne. 
Glinka czerwona French red clay wydobywana w kopalniach we Francji. Całkowicie naturalny produkt o najwyższej jakości, suszony na słońcu, bezpiaskowy.

Skład mineralny:
  Kaolinit, dużo żelaza dzięki któremu zawdzięcza swój kolor, glin, miedź, kwarc, krzem, magnez, sód, potas i inne mikroelementy i sole mineralne. 

Glinka przychodzi w postaci drobno zmielonego proszku w kolorze czerwonym, a właściwie rdzawym (rudawym). Zastosowanie ma bardzo szerokie, gdyż można jej używać jako maski na twarz lub włosy (a właściwie skalp), do kąpieli (wsypując do ciepłej wody w wannie). Poza tym można ją dodawać (w mniejszym stężeniu, np. 2%) do samorobionych mleczek, toników czy kremów.

Dla mnie przede wszystkim jest znakomitym materiałem na maseczki do twarzy. Najczęściej rozrabiam ją z wodą i otrzymaną papkę trzymam ok. 15 - 20 minut na buzi nie dopuszczając do jej wyschnięcia (spryskując co jakiś czas twarz tym, co akurat mam pod ręką - wodą termalną/mineralną/tonikiem/hydrolatem). Zdarza mi się także mieszanie jej z glinką białą lub kwasem hialuronowym czy też olejami. Przygotowanie jej do nałożenia na twarz zajmuje chwilkę i nie jest pracochłonne. Jedyny mały minus maseczek glinkowych to ich zmywanie, a przy czerwonej z racji intensywnego koloru trzeba się trochę bardziej "napracować" niż przy białej czy błękitnej. Łatwiej też o pobrudzenie.


Swoją przygodę z glinkami zaczęłam właśnie od czerwonej, gdyż ze względu na delikatność działania najczęściej polecana jest do cery wrażliwej, naczynkowej. Ma uszczelniać naczynia krwionośne, a tym samym zapobiegać powstawaniu nowych pajączków. Trudno ocenić "zapobieganie", jednak z całą pewnością mogę stwierdzić, że uspokaja naczynka. Ponadto wyrównuje koloryt cery i sprawia, że staje się ona bardziej promienna. 

Wygładza, zwęża pory i świetnie oczyszcza. Wspaniale radzi sobie z tłustą skórą w strefie T lekko ją odtłuszczając (efekt zmatowienia utrzymuje się kilka godzin) i zmniejszając wydzielanie sebum. Działa "lecząco" na wypryski. Swego czasu pomogła mi w walce z trądzikiem, a jej regularne stosowanie (1 - 2 razy w tygodniu) znacząco wpłynęło na poprawę stanu skóry i zmniejszenie się liczby oraz częstotliwości pojawiania się wyprysków.  

Właściwości tej glinki, tak skutecznej w walce z trądzikiem i przetłuszczaniem się skóry, a jednocześnie delikatnej i wzmacniającej naczynka sprawiły, że stała się jednym z moich hitów pielęgnacyjnych. Francuska glinka czerwona to idealny wybór dla cery wrażliwej, delikatnej, naczynkowej, jak również tłustej podatnej na podrażnienia czy też mieszanej. Sprawdza się zarówno na tłustych, jak i suchych partiach twarzy, których nadmiernie nie wysusza, chociaż podobnie do innych glinek także nie nawilża. Po jej użyciu trzeba sięgnąć po krem, serum, tudzież maseczkę nawilżającą, których działanie wzmacnia dzięki porządnemu oczyszczeniu skóry. Jest naturalnym i niedrogim kosmetykiem (50 g kosztuje 6,30 zł).

Stosujecie glinki w pielęgnacji twarzy/włosów/ciała? Jaka jest Wasza ulubiona glinka? Wolicie gotowe maseczki?