środa, 30 lipca 2014

OPI, Bubble Bath

Lakier Bubble Bath od OPI to drugi, obok Neo Whimsical marki Essie [klik], z moich pastelowych ulubieńców minionych miesięcy. Zachwycił mnie odkąd pierwszy raz pomalowałam nim paznokcie, a zrobiłam to niechętnie. Podejrzewałam, że tak jasny lakier będzie się ciągnął, smużył i wysychał całą wieczność. Okoliczności jednak sprawiły, że najlepszym wyborem miały być delikatne, nie rzucające się w oczy, ale zadbane paznokcie. Postanowiłam więc spróbować Bubble Bath z zestawu Take Ten (pisałam o nim TUTAJ).


Moje przypuszczenia co do właściwości lakieru okazały się na szczęście mylne, a produkt jest łatwy we współpracy. Nie tworzy smug, nie rozlewa się na skórki. Na początku bardzo mi się spodobała konsystencja, według mnie optymalna - ani za gęsta, ani zbyt rzadka. Używałam go wielokrotnie i zauważyłam, że z czasem zrobiła się odrobinę gęstsza, a co za tym idzie zaczyna delikatnie smużyć przy pierwszej warstwie, przy następnej lakier już ładnie i jednolicie pokrywa płytkę.

Jeśli nie lubimy, tak jak ja, żeby płytka prześwitywała, to do ładnego krycia potrzebne będą minimum dwie warstwy (będą jeszcze widoczne białe końcówki). Czasem dodawałam jeszcze kolejną.
Niewątpliwym atutem jest szybkie wysychanie, dzięki czemu cały manicure nawet przy trzech warstwach nie zajmuje więcej czasu niż zazwyczaj używając lakierów kryjących po mniejszej ilości warstw.


Kolor delikatnego mlecznego beżo - różu jest prześliczny i uważam, że będzie pasował niemal do każdej karnacji, na każdą okazję i porę dnia. Pięknie się się komponuje z bardzo jasną skórą, dając wrażenie zadbanych dłoni. Wspaniale też będzie się prezentował w towarzystwie letniej opalenizny. 

Jeśli chodzi o trwałość, to wytrzymuje 3 - 4 dni przy normalnych czynnościach domowych, co u mnie jest naprawdę świetnym wynikiem.

Trzy warstwy
Co sądzicie o takich delikatnych kolorach? Macie swoje ulubione lakiery, które pasują zawsze, bez względu na okoliczności?

wtorek, 29 lipca 2014

Joanna, Naturia Body, Masło do ciała z truskawką


Masło z Joanny zakupiłam jeszcze w zimie, kiedy chłody i ponury krajobraz dawały się we znaki. Widząc na drogeryjnej półce urocze opakowanie z kuszącymi truskawkami zatęskniłam za latem i zapachem tych owoców, dlatego postanowiłam zafundować sobie chociaż namiastkę czerwcowego klimatu i wrzuciłam produkt Joanny do koszyka.


Pojemność: 250 g.
Cena: 9 - 10 zł.
Dostępność: bardzo dobra, większość drogerii.

Opis producenta:



Skład:

Masło znajduje się tradycyjnie w plastikowym, dużym słoiczku zakręcanym na zakrętkę. Szata graficzna, dzięki soczystym truskawkom sprawia, że kosmetyk jest bardzo apetyczny. Wrażenie to dodatkowo potęguje zapach truskawek, czy też deserów truskawkowych (np. kisielu) lub gumy do żucia, który wcale nie jest dyskretny, lecz dość intensywny. Jak już kiedyś wspominałam, rankiem wolę się smarować bezzapachowymi produktami, tudzież słabo wyczuwalnymi, natomiast zdecydowane wonie bardziej odpowiadają mi podczas wieczornej toalety. Ostatecznie więc truskawkowy aromat w wydaniu Joanny przypadł mi do gustu, pod warunkiem, że dawkowany był pod koniec dnia. 


Konsystencję ma bardzo przyjemną, aksamitnie kremową, a delikatne różowe zabarwienie umila aplikację. Produkt bardzo dobrze się rozprowadza na skórze i dość szybko wchłania. 

Masło nawet przyzwoicie nawilża i odżywia skórę. Przy regularnym stosowaniu staje się ona miękka i gładka, czyli mogę powiedzieć, że producent spełnił swoje obietnice. Jednak z pewnymi zastrzeżeniami. 

Zimą moja skóra domaga się porządnego odżywienia i nawilżenia. Bywa szorstka, przesuszona, nieprzyjemnie ściągnięta, dlatego niewiele jest kosmetyków, które są w stanie ją odpowiednio pielęgnować. Zaraz po zakupie masła przystąpiłam do jego stosowania i niestety nie do końca spełniło ono wówczas moje oczekiwania. Owszem trochę nawilżało, skóra nie szczypała i nie wołała pić, natomiast daleko było do optymalnych efektów i oczywiście potrzebowałam "bogatszego" kosmetyku, którym okazało się masło Farmona, Tutti Frutti [recenzja].

Truskawkową propozycję z Joanny odłożyłam więc na półkę, by do niej powrócić późną wiosną, kiedy to skórę mam nadal suchą, ale już nie tak przesuszoną i wymagającą, jak zimą. Wówczas sprawdza się lepiej i ujawniają się jego pielęgnacyjne właściwości. Wynikają one zapewne z obecności masła shea wysoko w składzie (na drugim miejscu po wodzie). Dalej znajdziemy również parafinę, która mnie nie przeszkadza w produktach do ciała, a na końcu niezbyt przyjazny konserwant (DMDM Hydantoin).


Plusy:
- konsystencja,
- dobrze się rozprowadza,
- dość szybkie wchłanianie się,
- przyzwiocie nawilża i odżywia skórę,
- masło shea wysoko w składzie,
- ładny zapach,
- dostępność.

Minusy:
- niedostatecznie nawilża i odżywia przesuszoną skórę,
- intensywny zapach, który może się znudzić.


Masło nadaje się do skóry suchej, której przez większą część roku zapewni przyzwoitą pielęgnację (od wiosny do jesieni). Zadowalają jego właściwości nawilżające, szybkie wchłanianie się i bezproblemowa aplikacja. Natomiast jeśli skóra jest przesuszona i szorstka, to nie będzie wystarczające i radziłabym sięgnąć po inne smarowidło. Podobnie jest u mnie z masłami z Perfecty [recenzja], które bardzo lubię i w pełni mnie satysfakcjonuje ich działanie, ale zimą je sobie odpuszczam i sięgam po bardziej odżywcze produkty.

piątek, 25 lipca 2014

Dermika, Lift & Go, Liftingująca maseczka wygładzająco-dotleniająca pod oczy i na powieki

Od dłuższego czasu przywiązuję większą uwagę do pielęgnacji obszaru wokół oczu. Skóra w tym miejscu jest wyjątkowo delikatna, cienka, a u mnie także sucha. Nie jest też już nastoletnia i pojawiają się zmarszczki. Część z nich już nie zniknie, ale zaobserwowałam, że za sprawą odpowiedniej pielęgnacji jestem w stanie osiągnąć znaczną poprawę wyglądu skóry pod oczami, co jest już raczej tematem na osobny post. Niemniej jednak dziś chciałabym się podzielić moją opinią co do produktu, po który sięgam od ponad roku, a jest nim liftingująca maseczka wygładzająco-dotleniająca pod oczy i na powieki od Dermiki. Jak niektórzy zapewne się domyślają, recenzja będzie pozytywna, gdyż wspominałam o tym kosmetyku w ulubieńcach kwietnia.


Pojemność: 3 x 2 ml.
Cena: ok. 5 zł - 6 zł.
Dostępność: średnia (nie widziałam jej w Rossmannie, ale można ją znaleźć m.in. w takich drogeriach, jak Natura, Laboo oraz drogerie internetowe).

Opis producenta:


Skład:

Maseczkę przechowywałam zwykle w lodówce i stosowałam według zaleceń "na zimno", ale czasem zdarzało mi się trzymać ją w szufladzie toaletki (ze względu na wygodę) i również zachowuje swoje właściwości, jednak będę obstawać za trzymaniem jej w niższej temperaturze.

Opakowanie
 to saszetka podzielona na trzy równe części, każda po 2 ml i producent zaleca, aby do pojedynczej aplikacji zużyć zawartość całej jednej cząstki. Zastosowałam się do tego chyba tylko raz. Zazwyczaj taki paseczek wystarcza mi na ok. 3 użycia, a i tak nabieram dość bogatą porcję produktu. Nie zauważyłam, żeby większa ilość wpływała na wzrost skuteczności działania preparatu, więc nie zamierzam go marnować. Jedyne, czego mi brakuje to zakrętka (taka jak przy maseczkach saszetkowych Babuszki Agafii), wówczas nie musiałabym zabezpieczać napoczętego paseczka. 

*Dotychczas kupowałam maseczkę w białej saszetce z pomarańczowo-żółtymi motywami, od jakiegoś czasu widuję w drogeriach ten sam produkt (skład identyczny) w opakowaniu z nową szatą graficzną (większość jest pomarańczowa z białymi wstawkami, na których umieszczono nazwę firmy).


Aplikuję maseczkę pod oczy i na powieki, a następnie delikatnie masuję tę okolicę kolistymi ruchami, zazwyczaj stosuję ją w ten sposób wieczorem. Niejednokrotnie używałam również kosmetyku, jak zwykłego kremu pod oczy na dzień, wklepując niewielką ilość i potwierdzam słowa producenta, że produkt nadaje się także pod makijaż.

Maseczka ma kremową gęstą konsystencję, łatwo ją rozprowadzić i dosyć dobrze się wchłania, nie pozostawia tłustego filmu, zachowuje się jak zwyczajny krem. Makijaż utrzymuje się cały dzień, nie spływa. 

Oczywiście, gdy użyjemy jej w większej ilości to przyjmuje właściwości maseczki i wchłania się kilka minut dłużej.



Rezultaty stosowania maseczki są znakomite. Nie wystąpiła u mnie żadna niepożądana reakcja, taka jak podrażnienie, uczulenie, pieczenie. Działa ona wręcz kojąco na skórę i łagodzi oznaki zmęczenia. Poprawia w zauważalny sposób kondycję skóry wokół oczu, odżywia ją i nawilża. Napina skórę, polepsza elastyczność. Wpływa na zmarszczki wokół oczu, po jej użyciu są znacznie płytsze (głównie zmarszczki związane z przesuszeniem czy odwodnieniem skóry).

Niedawno u mnie skóra pod oczami przechodziła kryzys. Była sucha, pojawiła się cała sieć zmarszczek, a każdy kosmetyk kolorowy dotąd niezawodny warzył się, rolował, spływał, wchodził brzydko w załamania. Sięgnęłam w końcu po produkt z Dermiki i tym razem mnie nie zawiódł. Przy regularnym stosowaniu, okazał się jednym z czynników, które pozwoliły mi doprowadzić skórę do ładu. 

Efekt oczywiście nie jest długotrwały i co jakiś czas trzeba "zabieg" powtarzać, co jest typowe dla większości kosmetyków. Ważne, że poprawa jest i maseczka może uratować sytuację nie jeden raz przed ważnym wyjściem.

Nie wpływa w jakiś zdecydowany sposób na genetyczne cienie czy obrzęki pod oczami, ale uważam, że jej działanie i tak jest satysfakcjonujące. Zresztą producent nic takiego nie obiecuje, a z tymi problemami można sobie radzić w inny sposób (np. zimne okłady). Myślę, że maseczka jest świetnym wsparciem i uzupełnieniem codziennej pielęgnacji. Jest też niezwykle wydajna. Średnio całość wystarcza mi na 9 użyć jako maseczka, gdy zastępuje mi krem to ta liczba się zwielokrotnia. 

Opakowania ze starą i nową szatą graficzną.
Plusy:
- nie podrażnia,
- łagodzi,
- niweluje uczucie suchości skóry,
- nawilża,
- odżywia,
- napina skórę,
- wygładza drobne zmarszczki,
- wydajność,
- cena w stosunku do pojemności.

Minusy:
- dla mnie brak (ewentulanie zakrętka przy saszetce).


Jest to z pewnością jeden z moich ulubionych produktów pielęgnacyjnych, po który sięgam regularnie. W moim odczuciu wszystkie obietnice producenta zostały spełnione. Działa skuteczniej niż niejeden drogi krem. Jedynie wolałabym, żeby miała inne opakowanie, np. tubkę lub przynajmniej jakąś zakrętkę przy obecnej saszetce, co zwiększyłoby komfort jej używania. 

środa, 23 lipca 2014

Vichy, Capital Soleil, Matujący krem do twarzy SPF 30 + tegoroczne zmiany w linii Capital Soleil

Krem matujący do twarzy Vichy z SPF 30+ skończyłam używać na początku maja, ale ze względu na brak czasu recenzji doczekał się dopiero teraz.

Zimą niezwykle trudno jest zdobyć krem z filtrem, a jeżeli stosuje się zabiegi z kwasami lub choćby wyjeżdża na narty, to jest niezbędnym produktem w kosmetyczce. Kiedy na wykończeniu były kremy La Roche Posay, Anthelios [recenzja] oraz Avon [recenzja] zaczęłam usilnie poszukiwać jakiegoś sprawdzonego zastępcy. Łatwo nie było, a jeśli już udało mi się natrafić na kosmetyk zawierający SPF 50, to miałam wątpliwości, czy będzie odpowiedni dla mojej cery. Ostatecznie zdecydowałam się na niższą ochronę SPF 30, gdyż wówczas jeszcze nasłonecznienie nie było silne, a w przypadku używania preparatów z kwasem migdalowym (o kuracji tym kwasem pisałam TUTAJ i TU), koniecznością staje się filtr o wysokości minimum SPF 20. Uznałam, że Vichy zapewni mi bezpieczną ochronę. 


Zeszłego lata używałam emulsji matującej SPF 50 z linii Capital Soleil [recenzja], która bardzo przypadła mi do gustu. Firma wprowadziła kilka zmian, m.in. opakowania, dlatego zaktualizowałam starą recenzję, a także poniżej zamieszczam zdjęcia oraz informacje dotyczące tej kwestii. Najpierw jednak zapraszam na recenzję matującego kremu do twarzy SPF 30, Emulsion anti-brillance toucher sec, Vichy, Capital Soleil.



Pojemność: 50 ml.

Cena: ok. 50 zł.

Dostępność: apteki stacjonarne oraz internetowe, Allegro.

Opis producenta:


Skład:

Konsystencja i zapach:
Konsystencja kremowa, lekko tłustawa. Krem natychmiast po aplikacji wchłania się do matu. Zapach identyczny z emulsją matującą SPF 50 (obecnie kremem matującym), bardzo przyjemny.  

Dozowanie:
Deklarowana ochrona UVA/UVB jest osiągana przy ilości filtra 2 mg/1 cm2 skóry (czyli minimum 1-1,25 ml na samą twarz; 1,5-1,8 ml na twarz i szyję; ok. 30 ml na całe ciało).

Dane te podaję z Wizażu [klik] i według tego źródła taką samą ilość należy zaaplikować również w przypadku kremu o wyższym faktorze (spf 50). Dla lepszego zobrazowania ilości potrzebnej na samą twarz, przedstawiam zdjęcia miarki o pojemności 1 ml oraz odmierzoną ilość kremu (tu. Vichy Capital Soleil, Matujący krem spf 50), którą trzeba rozprowadzić tylko na buzię. 


Jest go dość sporo, a to tylko 1 ml. Odkąd kremy z filtrem stały się mi niezbędne ze względu na stosowane zabiegi kosmetyczne zaczęłam się mocno interesować tym tematem i spotkałam się nawet z zaleceniami, że na samą twarz powinno się nakładać ok. 1,5 ml - 1,8 ml, żeby osiągnąć deklarowaną na opakowaniu ochronę. Taką ilość rzeczywiście niezmiernie trudno jest rozprowadzić, natomiast normę 1-1,25 ml łatwiej jest nanieść i zgodnie z tą sugestią starałam się postępować.

Nie używam miarki do codziennej aplikacji, lecz dozuję potrzebną ilość "na oko" (wyrobiłam sobie skalę przy wcześniejszym używaniu próbek) i mniej więcej staram się zbliżać do tego poziomu. Oczywiście to, ile kremu zaaplikujemy zależy od nas. Trzeba tylko pamiętać, że zmniejszając dawkę kosmetyku współczynnik ochrony spada. Jeśli nałożymy jedną drugą zalecanej ilości kremu o współczynniku SPF 50, to nie uzyskamy ochrony połowę mniejszej niż na opakowaniu lecz spadnie ona nawet do SPF 7. Osobiście jestem zdania, że nie po to inwestuję, jakby nie było niemałe pieniądze w krem, aby potem "psuć" jego właściwości, lecz po to, żeby zapewnić sobie optymalną ochronę. Oszczędzanie produktu dla mnie mija się z celem.

"Wydajność" obu kremów z filtrem łatwo przewidzieć, stosowany tylko na samą twarz tak, aby zapewnić deklarowaną ochronę powinien wystarczyć od 30 do maksymalnie 50 użyć.


Główny bohater niniejszej recenzji, to egzemplarz zeszłoroczny, bowiem w tym roku cała linia słoneczna Capital Soleil ma już zmienione opakowania. Tubka "trzydziestki", jest jeszcze biało - pomarańczowa.  Z tego co się orientuję skład pozostał bez zmian.

Szokujące wręcz było dla mnie wchłanianie się tego kremu, nie jest to mój pierwszy produkt z filtrami, a jednak jeszcze nie spotkałam się z takim, który wchłaniałby się kompletnie przy wmasowaniu ok. 1,25 ml. Krem matujący z Vichy spf 30 to potrafi! Dodatkowo wchłania się błyskawicznie, co jednocześnie jest jego wadą i zaletą. Wadą, bo nie można go dołożyć, ani nanieść poprawek (w obu przypadkach będzie się rolował). Zaletą, gdyż rano, kiedy spieszymy się i każda sekunda jest cenna nie trzeba czekać ze zrobieniem makijażu. Nie bieli skóry (wyjątek smugi nie wmasowane do końca) i nie pozostawia tłustej warstwy na twarzy.

Dobrze nałożony krem matujący oraz podkład zapewnia ładną i gładką buzię, która się nie świeci. Nawet nie musiałam używać pudru.

Uważam, że krem matujący SPF 30 najlepszy będzie dla cery tłustej i mieszanej (tak jak przeznaczył go producent). Sama mam mieszaną (z suchymi policzkami) i w okresie stosowania preparatów z kwasem migdałowym, suche partie twarzy były nieprzyjemnie ściągnięte, więc stosowałam go tylko na strefę T (na policzki udało mi się zakupić inny krem o spf 50). Po zakończeniu kuracji wróciłam do aplikowania Vichy na całą buzię i nie odczuwałam już dyskomfortu.

Krem mnie nie zapchał, nie podrażnił, ani nie uczulił. Znakomicie się sprawdził. Używałam go na co dzień, kiedy nie byłam narażona na dłuższy pobyt na słońcu oraz na opalanie, więc z pewnością jestem zadowolona z ochrony jaką mi zapewniał (nie wystąpiła u mnie alergia na słońce, poparzenie, nie opaliłam się nawet lekko, zapobiegał powstawaniu przebarwień). Nawet niewielkie dawki dość ostrego słońca nie spowodowały negatywnych skutków na skórze. Uważam, że dostatecznie chroni w warunkach życia codziennego, ale na lato zaopatrzyłam się widoczny poniżej na zdjęciach krem matujący SPF 50.

Ważny jest również wskaźnik ochrony UVA. Co do kremu z SPF 30 nie doszukałam się jego wysokości na opakowaniu (więc zapewne jest to PPD 10), a w przypadku SPF 50 - UVA (PPD - 17) - może nie być to wystarczająca ochrona dla osób stosujących kwasy, retinoidy, spędzające kilka godzin na plaży, itd. 


Plusy:
- matuje,
- nie zapycha,
- nie zostawia tłustego filmu na skórze,
- dostatecznie chroni w warunkach życia codziennego,
- idealnie się wchłania.

Plus/minus:
- szybko zastyga.

Minusy:
- dla mnie nie ma.


Krem matujący Vichy Capital Soleil, SPF 30 oczarował mnie swoimi wlaściwościami. Nie da się porównać komfortu używania z żadnym innym tego typu produktem, który dotychczas stosowałam. Oczywiście sporo zalet wynika z niższej ochrony, bowiem zwykle celuję w "pięćdziesiątki" i nawet seria Capital Soleil, powyżej "trzydziestki" ma bardziej tłustą konsystencję. 


Zmiany w linii Capital Soleil Vichy:


Od tego roku firma zmieniła opakowania kosmetyków z serii słonecznej oraz nazwy. Zeszłoroczna emulsja matująca Emulsion anti-brillance toucher sec, SPF 50, to obecnie Krem matujący SPF 50 (nazwa obcojęzyczna jest taka sama, jak wczęsniej).  Nie zmienił się natomiast skład tego kremu (porównywałam nowe i stare opakowanie - jest identyczny). 


Inne recenzje kremów z filtrami na moim blogu:



Stosujecie kremy z filtrami, czy uważacie, że nie są Wam potrzebne? Jaki jest Wasz ulubiony krem?

sobota, 19 lipca 2014

Essie, Neo Whimsical

W minionych miesiącach najczęściej na moich paznokciach można było zobaczyć dwa pastelowe lakiery. Jednym z nich był piękny kolor od Essie, Neo Whimsical. Usłyszałam też sporo komplementów pod jego adresem.


Kolor lakieu to coś pomiędzy rozbieloną lawendą, a delikatnym różem (taki lilaróż), który uwielbiam. Przy zakupie wahałam się czy wybrać Neo Whimsical, czy też może podobny odcienień, lecz odrobinę ciemniejszy i bardziej lawendowy, Bond with whomever. Nadal mam ochotę na ten drugi, ale bynamniej nie żałuję swojego wyboru.
Poza cudownym kolorem do zalet można także dodać dość szybki czas wysychania. Może nie następuje to ekspresowo i spotkałam się z lakierami szybciej schnącymi, ale też znam całą gromadę, którą Essie pozostawia daleko w tyle. Na plus zaliczam dobrą trwałość, u mnie to minimum 4 dni bez żadnych odprysków. 



Lakier ma też wady. Nie przepadam za cienkimi pędzelkami, a niestety taka wersja mi się trafiła. Jak wiadomo lakiery Essie występują w dwóch wariantach - z cienkim ("profesjonalnym") oraz szerokim pędzelkiem ("drogeryjnym"). Tak więc po prostu nie miałam szczęścia wybrać właściwej buteleczki, co przy zakupach online jest raczej niemożliwe bez dodatkowych informacji. Można jednak obejść problem niewygodnego pędzelka, dociskając go do płytki tak, aby się rozczapierzył.

Kolejnym rozczarowaniem okazała się formuła lakieru, czego się zupełnie nie spodziewałam znając ich renomę. Tymczasem konstystencja jest odrobinę zbyt rzadka i mogą pojawić się smugi. Czasem też większość płytki zostaje pięknie pokryta, a przy macierzy zdarzały się na niektórych paznokciach prześwity w postaci placków. Wielokrotnie udawało mi się osiągnąć zadowalające krycie po dwóch warstwach, ale częściej trzeba było dokładać trzecią. 


Neo Whimsical pochodzi z wiosennej kolekcji z 2010 roku The Art of Spring. Swoją sztukę upolowałam na Allegro za ok. 13,80 zł, natomiast w drogeriach ich cena sięga nawet 30 zł - 34 zł. Lakiery Essie można dostać zarówno online, jak i stacjonarnie, np. m.in. w Hebe, Douglasie, Super - Pharm. 


Mimo że konsystencja i krycie mogłyby być lepsze, to Neo Whimsical trafił do czołówki najulubieńszych lakierów z całej posiadanej przeze mnie kolekcji. Niedociągnięcia rekompensuje mi kolor, trwałość oraz czas wysychania.

Lubicie takie pastelowe fiolety? Co sądzicie o lakierach Essie? Jaki jest Wasz ulubieniec lakierowy na lato?

piątek, 18 lipca 2014

Garnier, Płyn micelarny 3 w 1, Skóra wrażliwa

U mnie płyn micelarny to absolutny must have i codzienny wieczorny demakijaż, ani poranne oczyszczanie twarzy nie obędzie się bez tego kosmetyku. Cały rytuał mycia buzi zaczynam zazwyczaj od przemycia jej micelem, a potem do akcji wkracza żel. Następnie przychodzi czas na tonizowanie, do czego służy mi tonik lub właśnie płyn micelarny (ale nie każdy). Dziś opowiem, jak wywiązał się ze swojego zadania produkt firmy Garnier.


Pojemność: 400 ml!
Cena: 17,99 zł.
Dostępność: bardzo dobra (drogerie, np. Rossmann, Hebe, Natura). Bywa też w Biedronce (i jest jeszcze tańszy - 13,99 zł)

Opis producenta i skład:


Opakowanie:
Przezroczysta pękata butelka wykonana z plastiku. Zamykanie na zatrzask, charakterystyczne dla kosmetyków firmy Garnier. Używałam wcześniej mleczek oraz toników tej marki i niemal za każdym razem klapka się urywała. Obawiałam się, że w tym przypadku będzie tak samo, ale udało mi się zużyć dwie butelki produktu bez rozpadnięcia się zamykania. Otwór do najmniejszych nie należy, jednak nie miałam problemu z rozlewaniem się kosmetyku, czemu może dodatkowo sprzyjać także wielkość butli. Mam w zwyczaju przykładanie płatka do dziurki, a następnie przechylam pojemnik, wówczas produkty mi nie uciekają na wszystkie strony.


Konsystencję ma wodnistą, jak każdy płyn micelarny, ale niestety ma tendencję do lekkiego spieniania się. Po przemyciu nim twarzy może pojawić się na skórze lekka piana, zwłaszcza jeśli płatek został nasączony dość obficie. Do zmywania buzi najbardziej lubię kosmetyki bezzapachowe, a ten właśnie taki jest. Minimalizuje to ryzyko uczulenia oraz sprawia, że myjadło po kilkunastu aplikacjach nie męczy swoją wonią.


Nie jest tajemnicą, że recenzja, będzie pozytywna, bowiem płyn znalazł się w ulubieńcach marca. Trafił do zestawienia, gdyż w moim odczuciu nie ma właściwie żadnej negatywnej cechy (poza wspomnianą skłonnością do pienienia się).

Cenię go za skuteczność działania połączoną z delikatnością. Płyn nie podrażnia skóry, nie uczula, nie zapycha. Świetnie usuwa makijaż twarzy i oczu. Dobrze zmywa podkład, korektor, puder i kosmetyki do konturowania. Radzi sobie z cieniami, eyelinerem, tuszem (zazwyczaj nie używam produktów wodoodpornych). Nie wysusza skóry, a wręcz mam wrażenie, że ją lekko nawilża i działa kojąco. Często, gdy czułam nieprzyjemne ściągnięcie i przesuszenie w czasie kuracji kwasami sięgałam właśnie po ten płyn. Nie tylko usuwał makijaż i inne zanieczyszczenia z twarzy, ale łagodził wszelkie podrażnienia. Nadaje się także do tonizowania, chociaż do tego celu preferuję toniki (szczególnie w okolicy oczu).

Płyn uważam za wydajny. Cena w stosunku do pojemności i właściwości, jest niebywale atrakcyjna (400 ml/17,99 zł, a często można dostać go w promocji za ok. 14 zł), podczas gdy micele o porównywalnej jakości kosztują znacznie więcej:
  • woda micelarna z Bourjois, 250 ml - 13,99zł [recenzja]
  • AA Therapy, Nailżający 100 ml - ok. 10 zł - 11 zł [recenzja]
  • Bioderma Sensibio H2O, 250 ml - 25 zł - 45 zł [recenzja]
  • L'oreal Ideal Soft, 200 ml - 14,99 zł - 15,99 zł.
Konkurentem w aspekcie ekonomicznym może być dla niego osławiony micel BeBeauty [recenzja], jednak czasami powodował pieczenie buzi, więc gdy cera jest podrazniona obawiałabym się po niego sięgać. Po pewnym czasie także kwiatowa woń Biedronkowego hitu staje się dla mnie męcząca. Z tych powodów Garnier zyskuje przewagę.


Plusy:
- dobrze usuwa makijaż twarzy i oczu, 
- nie podrażnia,
- nie zapycha,
- nie przesusza skóry,
- działa łagodząco i kojąco,
- nie pozostawia lepkiego filmu na skórze,
- bezzapachowy,
- wydajność,
- stosunek ceny do pojemności,
- dostępność.

Minusy:
- brak (ewentualnie wspomniane pienienie się, które nie jest dla mnie bardzo uciążliwe).


Sięgając po płyn micelarny z firmy Garnier nie spodziewałam się, że okaże się tak dobrym produktem. W moim odczuciu właściwie w niczym nie ustępuje Biodermie Sensibio H2O, ani żadnemu z wcześniej używanych przeze mnie miceli (tych najlepszych, jak Bourjois, AA Therapy, L'oreal Ideal Soft). Oczywiście także żadnego z tych produktów nie deklasuje, za to cenowo wypada najkorzystniej, więc z pewnością będę do niego wracać.

Mieliście płyn micelarny z Garniera? Jak się u Was sprawdził? Który płyn micelarny uważacie za najlepszy na rynku?

piątek, 11 lipca 2014

Isana, Intensywny krem do rąk z 5% urea

Niedawno zużyłam kolejną tubkę lubianego przeze mnie kremu do rąk z Isany, więc myślę, że to najlepszy czas, aby napisać o nim kilka słów. Od razu na wstępie zaznaczam, że moje dłonie nie należą do tych mało wymagających i rzadko który krem jest w stanie zapewnić im optymalną pielęgnację. Jednym z faworytów w tej dziedzinie okazał się produkt z firmy Mixa, Lipidowy krem do rąk [recenzja], który w krótkim czasie potrafi doprowadzić skórę moich dłoni do ładu. Tuż za nim plasuje się kosmetyk z Isany, Handcreme Intensiv 5% Urea, trochę "lżejszy" i znakomity do codziennego stosowania.


Pojemność: 100 ml.
Cena: 5,49 zł.
Dostępność: drogerie Rossmann.

Opis producenta:


Składniki:

Opakowanie to plastikowa tubka z zamykaniem na zatrzask, którą można postawić na korku. Gdy produkt jest na wykończeniu bez problemu da się rozciąć tubkę i warto to zrobić, gdyż sporo kosmetyku jeszcze pozostaje wewnątrz. Otwór jest odpowiedni i umożliwia kontrolę nad dozowaną ilością. Nie trzeba walczyć o wydobycie każdej "kropli" produktu (jak w przypadku jednej z wersji kremu Neutrogena), ani też nie wyskakuje go w nadmiarze. 


Zapach ma bardzo specyficzny, który trudno z czymś porównać i zapewne nie każdy go pokocha, natomiast mnie bardzo przypadł do gustu.
Kremowa, dość gęsta i treściwa konsystencja nie sprawia żadnych kłopotów przy aplikacji.  Krem dobrze się rozsmarowuje i nawet nieźle się wchłania. Co prawda, jeśli nałożymy słuszną ilość, to ręce są przez chwilę tłustawe, ale nie trzeba zbyt długo czekać, żeby móc przystąpić do zwykłych czynności. Natomiast wystarczy zaledwie odrobina, żeby krem wchłonął się szybciej, a jednocześnie zapewniał odpowiednią pielęgnację, dzięki temu mogłam używać go nawet w pracy, gdzie nie mam czasu na czekanie, a dłonie nie mogą być klejące czy tłuste. Mimo zastosowania małej porcji kremu, pozostawia na skórze subtelny film, który mi w niczym nie przeszkadza. Skąpa ilość wystarczająca do każdorazowego zastosowania przekłada się na znakomitą wydajność.


Produkt dobrze nawilża dłonie, a skóra po użyciu staje się miękka, lepiej odżywiona i lekko wygładzona, chociaż zauważalnego liftingu dłoni nie ma co się spodziewać. Działanie kremu jest odczuwalne dłuższy czas, tzn. do kolejnego mycia, a nawet po nim bez powtórnego wmasowania kosmetyku dłonie nadal są jeszcze lekko nawilżone. Zapewne wszystkie te właściwości są zasługą składu, a w szczególności składników takich jak olej sojowy, gliceryna, mocznik, masło shea, wosk pszczeli, panthenol.

Uważam, że za tę cenę krem ma naprawdę świetną jakość i bije na głowę nawet kosmetyki cztery razy droższe. Mimo wszystko nie określiłabym go mianem idealnego produktu dla moich dłoni i odczuwam pewien niedosyt. Brakuje mi większego odżywienia, co zapewne "odmłodziłoby" też wizualnie skórę. Poza tym w momentach kryzysowych, przy szorstkiej, mocno przesuszonej skórze, chociaż radzi sobie zadowalająco przy regularnym stosowaniu, to jednak potrzebuje także wspomagania ze strony innych kosmetyków. To są już takie moje małe uwagi na marginesie, które wprowadzone w czyn zapewne doprowadziłyby do wyprodukowania kremu ratującego skórę rąk nawet w wyjątkowo złym stanie, dlatego nie mam zamiaru umieszczać ich w minusach kosmetyku. Jedyny niewielki dyskomfort powoduje u mnie delikatne pieczenie przez chwilę od nałożenia (nie zawsze, tylko wówczas, gdy dłonie są przesuszone).

W warunkach dnia codziennego działanie Handcreme Intensiv 5% Urea w pełni mnie satysfakcjonuje i uważam, że przy skórze nawet w nie najlepszej kondycji oraz ze skłonnością do przesuszania, będzie dobrym wyborem. Jeśli ręce nie wymagają prawie żadnej pielęgnacji poza lekkim nawilżeniem i natłuszczeniem może okazać się nazbyt intensywny. Natomiast przy mocno zniszczonych dłoniach nie spisze się koncertowo, ale na pewno odrobinę pomoże.


Plusy:
- nawilża,
- trochę odżywia,
- skóra jest miękka i lekko wygładzona,
- wydajność,
- cena,
- zapach,
- wygodne opakowanie,
- niezły skład,
- dostępność.


Minusy:
- może piec dłonie przy ich przesuszeniu.


Krem w magiczny sposób nie odmieni stanu dłoni, ale odczuwalnie poprawia kondycję skóry i pomaga ją pielęgnować. Może nie zajmuje pierwszego miejsca w kategorii super krem do rąk, ale z pewnością jest to jeden z lepiej działających kremów z jakimi miałam styczność, a przy tym nie znalazłam rażących wad uprzykrzających aplikację (nachalny tłusty/lepiący film, długie wchłanianie się, toporna konsystencja, niewygodne opakowanie, przykry zapach). Według mnie to wspaniała jakość, za niewielkie pieniądze, a często bywa w promocji i nie kosztuje nawet 4 zł. Póki co, ma zapewnione stałe miejsce w kosmetyczce, więc gdy kończy się jedna tubka, zaraz kupuję następną. 

Mieliście krem z Isany? Jak się u Was sprawdził? Znacie jakiś mocno regenerujący i odżywczy krem do rąk godny uwagi?

sobota, 5 lipca 2014

Sally Hansen, Instant Cuticle Remover - pogromca skórek wokół paznokci

Posiadaczką żelu do rozpuszczania skórek z Sally Hansen stałam się trochę przez przypadek. Weszłam na Allegro zakupić jakiś kosmetyk, na który byłam już zdecydowana i po wybraniu najkorzystniejszej dla mnie oferty, zaczęłam przeglądać inne aukcje sprzedającego. Często tak robię dokonując zakupów online, licząc że być może przy okazji znajdzie się coś, co również będzie dla mnie przydatne i w ten sposób uda się trochę "zaoszczędzić" na kosztach przesyłki. Moją uwagę zwrócił od razu żel do skórek. Tego typu preparatów używałam regularnie, odkąd zaczęłam malować paznokcie, czyli od czasu liceum. Uznałam, że produkt z pewnością nie będzie stał bezczynnie, a cena była atrakcyjna, bo ok. 8 zł, więc dorzuciłam do koszyka. Jakoś wcześniej nie znałam opinii krążących w sieci i nie zdawałam sobie sprawy z jego popularności. Oceniałam, że działanie będzie podobne do wielu innych wypróbowanych przeze mnie dotychczas preparatów.



Pojemność: 29,5 ml.
Cena: 11 zł (Allegro) - 30 zł (drogerie).
Dostępność: drogerie, np. Douglas, Hebe, ponoć Rossmann (w okolicznych nie widziałam), Super-Pharm oraz Allegro i sklepy Internetowe.

Skład:

Opis producenta:
Preparat rozpuszcza trudne do usunięcia, suche skórki wokół paznokci. Żel należy rozprowadzić cienką warstwą na skórkach, odczekać 15 sekund, a następnie odsunąć delikatnie skórki patyczkiem. Po czym należy natychmiast dokładnie zmyć nadmiar ciepłą wodą z mydłem. Nie powinno się go używać gdy skóra jest uszkodzona lub wrażliwa i nie częściej niż dwa razy w tygodniu. Trzeba przypilnować, aby obecność żelu  na skórze nie przekraczała 1 minuty. 

Produkt został umieszczony w błękitnej przezroczystej butelce. Plastikowy pojemnik jest płaski i zakończony "dzióbkiem" ułatwiającym dozowanie. Zamykany na zakrętkę. Nie udało mi się wyczuć żadnej woni żelu, więc sądzę, że jest bezzapachowy (czasem trudno wychwycić delikatne zapachy takich produktów, zwłaszcza gdy wcześniej używało się zmywacza lub odtłuszczacza). 

Konsystencję ma żelową (raczej rzadką), a dzięki aplikatorowi łatwo można go rozprowadzić na skórkach wokół paznokci. Po chwili (ok. 30 sekund) można odsunąć skórki. Robię to kopytkiem (moje jest akurat  z Rossmanna; z drugiej strony zakończone radełkiem, którego nie używam) lub nawet czasem zwykłymi patyczkami kosmetycznymi. 



Z opisu wynika, że preparat nadaje się także do usuwania modzeli - w tym przypadku powinien być trzymany przez 1 minutę (ale nie dłużej!). Ja jedynie mogę się wypowiedzieć na temat pierwszego przeznaczenia, czyli jego działania na skórki. 

Moje przypuszczenia, co do efektów po zastosowaniu Instant Cuticle Remover od Sally Hansen okazały się błędne. Skuteczności tego preparatu w dziedzinie rozpuszczania skórek nie da się porównać z żadnym dotychczas mi znanym żelem czy oliwką. Pomaga w pozbywaniu się skórek lub w ich odsuwaniu, bowiem zmiękcza je, a nawet rozpuszcza.  Po jego użyciu praktycznie nie ma śladu nieestetycznych suchych skórek szpecących okolice paznokcia. Oczywiście, jeśli skórki są wyjątkowo uporczywe i nie były w ostatnim czasie nawet odrobinę pielęgnowane, to po jednym "zabiegu" nie będą idealne, jednak wystarczy 3 - 4 użycia żeby móc cieszyć się cudownym efektem. Jeżeli zaś są w stanie przyzwoitym, to już po pierwszym zastosowaniu rezultat będzie zachwycający.

Producent zaleca, aby nie sięgać po niego częściej niż dwa razy w tygodniu. Sama zwyczaj robię to raz na tydzień, a manicure średnio wypada u mnie 2 razy na tydzień, więc żel z Sally Hansen stosuję na przemian z łagodniejszymi preparatami (np. z Eveline lub Wibo). Stosowany regularnie pomógł mi pozbyć się problemu opornych skórek, z którymi walczyłam różnymi sposobami (preparaty zmiękczające, masełka, oliwki, olejki, a nawet wycinanie cążkami!). Obecnie są w dużo lepszym stanie i nie narastają już tak ostentacyjnie.

Podobną skuteczność w usuwaniu i zmiękczaniu niechcianych skórek osiągałam wcześniej jedynie mocząc przez kilka minut palce w wodzie z mydłem, a następnie odsuwając skórki przy użyciu oliwki. Stosowanie żelu z Sally Hansen jest dużo wygodniejsze i szybsze.

Niewątpliwym plusem preparatu jest błyskawiczne tempo jego działania. Zazwyczaj większość żeli/oliwek potrzebuje kilka minut, aby mieć jakikolwiek wpływ na skórki. W przypadku żelu z Sally Hansen wystarczy jedynie 15 sekund. Trzeba też pamiętać, żeby nie przekraczać sugerowanego czasu aplikacji (od 15 - 30 sekund, góra 1 minuta), ponieważ żel może zacząć "rozpuszczać" paznokcie, i o ile wobec skórek jest to oczekiwany efekt, to w tym drugim przypadku nic dobrego to nie wróży. Generalnie, nawet jeśli przez moje gapiostwo pozostał dłużej na skórze dłoni w okolicy paznokcia, to nie nastąpiło żadne podrażnienie, pieczenie czy uszkodzenie. Jednak o płytkę trochę się obawiam i staram się, żeby czas "leżenia" na niej preparatu był możliwie krótki.

Warto także wspomnieć o znakomitej wydajności produktu, którego wystarczy naprawdę odrobina, żeby wykonał swoje zadanie.


Plusy:
- skuteczność w usuwaniu skórek,
- pomoc w odsuwaniu skórek,
- szybki czas działania,
- przy regularnym stosowaniu zmniejszenie narastania nieestetycznych skórek,
- wydajność,
- wygodny aplikator,
- poręczne i estetyczne opakowanie.


Minusem mogłaby być trochę wysoka cena produktu w niektórych drogeriach, ale biorąc pod uwagę wydajność oraz niezawodność uważam, że jest wart zainwestowania. Odkąd zagościł w mojej kosmetyczce jestem bardziej zadowolona z mojego manicure. Nic tak nie psuje humoru, jak widok pięknego koloru lakieru na paznokciach, a obok zadarta skórka lub nawet rana. Dzięki żelowi z Sally Hansem wreszcie zaczęłam cieszyć się zadbanymi skórkami. Kilka miesięcy temu wspominałam o nim w ulubieńcach lutego (klik), ale tak naprawdę od momentu zakupu niezmiennie do tej pory należy do moich faworytów kosmetycznych.

Używaliście preparatu Sally Hansen? Ciekawa jestem jaki jest Wasz niezawodny sposób na pozbywanie się skórek? Wycinacie cążkami/radełkiem czy stawiacie na preparaty zmiękczające i odsuwacie skórki?