czwartek, 29 maja 2014

Purederm Botanical Choice, Plastry na nos oczyszczające pory

Sporo z nas zapewne szuka skutecznego sposobu na pozbycie się zaskórników, zwanych inaczej wągrami. Niestety nie ma niezawodnej metody, która uwolni skórę raz na zawsze od czarnych kropek. Jesteśmy skazani na pozbywanie się ich na bieżąco, działając doraźnie. Na rynku kosmetycznym nie brakuje specyfików rzekomo załatwiających ten problem. Szczególnie popularne są plastry, które można znaleźć w asortymencie wielu firm. Sama wypróbowałam już propozycje kilku marek, ale zawsze kończyło się to rozczarowaniem i złością na siebie za niepotrzebny wydatek. Kiedy na początku lutego w Biedronce pojawiły się plastry Purederm Botanical Choice, Nose Pore Strips, bez entuzjazmu i wielkich oczekiwań wrzuciłam opakowanie do koszyka.


Ilość w opakowaniu: 6 szt.
Dostępność: Hebe, sporadycznie Biedronka.
Cena: ok. 15 zł (Hebe), 7,99 zł (Biedronka).


 Opis producenta i sposób użycia:



Skład:

Opakowanie:
W estetycznym kartoniku znajduje się 6 plastrów (na 6 użyć), każdy osobno zapakowany w srebrną folię.

 Zapach:
Niestety zapach nie jest mocną stroną tego produktu. Plastry wręcz śmierdzą, ale nie na tyle, żeby w ogóle zrezygnować z ich stosowania.

 Moja opinia:
Plastry przedstawiałam już kilka miesięcy temu w poście zakupowym TUTAJ i wówczas opisałam pierwsze wrażenie po użyciu jednego plastra. Moje zdanie od tamtego czasu i po zużyciu ok. 10 sztuk się nie zmieniło. Faktycznie oczyszczają zatkane pory, zmniejszają ilość wągrów, mniej więcej o jedną trzecią. Najlepszym dowodem ich działania jest wygląd plastra po odklejeniu od nosa. Można na nim zobaczyć paskudztwa, które zostały usunięte ze skóry. Widok ciekawy nie jest, więc nie będę wklejać zdjęć.

Producent zaleca sięgać po plaster nie częściej niż co 3 dni i zgadzam się z tym. Po dwu- trzykrotnym zastosowaniu plastrów w takim odstępie czasowym nos wygląda znacznie lepiej. Potem można nawet zmniejszyć częstotliwość i przyklejać sztukę raz na tydzień lub dwa. Używane regularnie pomagają utrzymać skórę bardziej oczyszczoną i w dużej mierze wolną od czarnych kropek. W zasadzie wytępiły je w 95%, przy czym u mnie zasięg zjawiska nie jest duży (występują głównie na grzbiecie nosa i odrobinę na skrzydełkach).

Rzecz jasna jedno opakowanie nie spowoduje, że problem już nie powróci i nie mam im tego za złe, bo zdaję sobie sprawę, że nie ma metody uwalniającej ostatecznie od wągrów. Podobnie jak np. depilacja woskiem, plastry przynoszą okresowy rezultat.


Dostępne są dwie wersje plastrów:
  • w zielonym opakowaniu  - z olejkiem z drzewa herbacianego (ma działanie przeciwzapalne, przeciwbakteryjne).
  • w różowo-czerwonym opakowaniu - bez olejku, za to mają większy rozmiar.

Zdecydowałam się na większe plastry w czerwonym opakowaniu, ale następnym razem mam zamiar wypróbować także wersję z olejkiem. Okolic wokół nosa nie mam zanieczyszczonych, a plaster dobrze pokrywa cały nos zahaczając jeszcze lekko o policzki. Przyklejałam go na oczyszczoną i zwilżoną skórę, a po 15 minutach odrywałam.


Plusy:
- pomagają oczyścić pory,
- usuwają część wągrów z nosa,
- przy regularnym używaniu skóra jest lepiej oczyszczona, 
- higienicznie zapakowane,
- wygodne w użyciu.

Minusy:
- nieprzyjemny zapach,
- cena (w Hebe),
- dostępność.


Póki co nie znalazłam lepszej metody oczyszczania skóry nosa bez wizyty w gabinecie kosmetycznym i w podobnej cenie. Na szczęście zrobiłam sobie mały zapas plastrów, który mam nadzieję wystarczy mi do ponownego pojawienia się ich w Biedronce, gdyż cena w Hebe wydaje mi się mocno przesadzona.

Mieliście te plastry? U Was też działają czy może żadnych efektów nie widać? Jakie znacie skuteczne metody pozbywania się zaskórników?

wtorek, 27 maja 2014

Jadwiga, Polska papka do cery trądzikowej

Moja toaletka przypomina arsenał ze specyfikami do walki z wypryskami, a wśród nich są maści apteczne, olejki, pasty, kremy. Jedne z nich pomagają mi pozbyć się niechcianych gości z twarzy i są sprzymierzeńcami w walce o ładniejszą cerę, inne zaś okazały się niewypałem, po prostu u mnie nie działają. Papka do cery trądzikowej według receptury Jadwigi Użyczyn skłania się w stronę tej pierwszej grupy.


Papkę poleciła mi już 10 lat temu kosmetyczka do punktowego stosowania na wypryski i u niej nabyłam pierwsze opakowanie oraz kilka następnych, bowiem używałam jej dość regularnie, więc przez lata wykończyłam wiele opakowań.

Później miałam ok. 2 lat przerwy i znalazłam ją na Allegro, a bieżące opakowanie zakupiłam w sklepie z kosmetykami dla profesjonalistów (fryzjerów i kosmetyczek). Za pojemność 30 ml zapłaciłam ok. 32 zł. Jest też większe gabinetowe opakowanie (110 ml/52,50 zł) do wykorzystywania jako element zabiegów, jednak skład niczym nie różni się od mniejszej wersji do domowego użytku.

Mam wrażenie, że na przestrzeni lat zmieniło się nie tylko opakowanie. Papka od jakiegoś czasu jest rzadsza i wydaje mi się, że nie działa już z taką skutecznością. Powiedziałabym, że jest w połowie tak dobra, jak dawna wersja. Nie wiem czy zmieniono skład, bo nie mam już starych opakowań, żeby to porównać. Z Internetu dowiedziałam się, że poprzedni wariant zawierał także drożdże (ale nie są to pewne informacje).

Działanie i zastosowanie według producenta:



Papkę stosowałam głównie punktowo na wypryski. Oczywiście wcześniej oczyściłam twarz micelem i/lub żelem. Kilka razy zdarzyło mi się zrobić z niej "maseczkę" na większy obszar skóry przy sporej ilości wyprysków lub gdy czułam już zwiastuny nowych pryszczy. Przy drugiej metodzie nie zauważyłam jednak lepszych efektów, więc pozostałam przy aplikowaniu jej na same zmiany skórne. Obawiałam się, że na dłuższą metę maseczki mogą zaszkodzić mojej cerze.

Skład:

Skład ma krótki, prosty i zawierający znane chyba większości osób borykających się z trądzikiem komponenty:
  • Kaolin (glinka biała, glinka porcelanowa) - absorbuje nadmiar sebum, matuje, ściąga pory.
  • Zinc Oxide (tlenek cynku) - zwykle ma postać białego proszku, stosowany jest w kosmetykach jako barwnik lub filtr UV oraz substancja matująca w produktach do cery tłustej. Występuje także w maści cynkowej.
  • Alcohol (etanol) - substancja konserwująca, może wysuszać. Działa antybakteryjnie, ułatwia penetrację kosmetyku.
  • Talc - wykazuje działanie matujące.
  • Camphor - substancja dezynfekująca, przeciwzapalna, delikatnie złuszczająca. Spotykana w kosmetykach z dużą zawartością alkoholu. W połączeniu z alkoholem może mieć działanie rozgrzewające (w tym przypadku do użytku zewnętrznego). Istnieje ryzyko wywołania uczulenia lub zaczerwienienia wrażliwej, alergicznej skóry.

Opakowanie:
Plastikowa buteleczka, zakończona "dziubkiem", który powinien ułatwiać aplikację kosmetyku bezpośrednio na wyprysk. U mnie jednak taki dozownik nie zdaje egzaminu, więc najpierw biorę ją na palec, a potem nakładam na pryszcza. Ewentualnie pod koniec opakowania, odkręcam zakrętkę i patyczkiem kosmetycznym wybieram, a następnie nakładam produkt.


Konsystencja i zapach:
Konsystencja to bardzo rozrzedzona "papka", która przypomina glinkę lub wyjątkowo drobny proszek rozmieszany z wodnistą cieczą. Po nałożeniu na skórę zachowuje się podobnie jak glinki naturalne, czyli początkowo mokra papka po kilku - kilkunastu minutach wysycha. Z czasem osypuje się w postaci kredowego proszku. Nie ma możliwości nałożyć preparat przed zrobieniem makijażu, czy też przed wyjściem. Podobnie jak glinki, można ją stosować jedynie w domowym zaciszu. Żeby zintensyfikować jej działanie, najlepiej jest ponawiać aplikację co 2 - 3 godziny. Przed użyciem produkt należy wstrząsnąć. Papka ma dość intensywny zapach przypominający woń maści kamforowej, ale mnie nie drażni i nie uprzykrza aplikacji.


Papka leczy zmiany trądzikowe, pozwala szybciej zagoić się wypryskom, odkaża je i wysusza. Osoby oczekujące błyskawicznych efektów w kilka godzin lub jednego dnia czy nocy mogą być rozczarowane, bowiem ten proces nie następuje od razu, jednak skraca się czas do zniknięcia zmiany. Na niektórych tak działa np. maść cynkowa lub olej tamanu (genialny!). U mnie maść niestety nie zawsze daje dobre efekty, natomiast papka się sprawdza.
Po powrocie do domu nakładam specyfik kilkakrotnie co kilka godzin, bo powtarzając aplikację można szybciej zauważyć zmniejszanie się zmiany (staje się ona też mniej rozogniona i jaśniejsza). Po zabiegach intensywnego atakowania papką pryszcz w końcu znika. Radzi sobie także z podskórnymi gulami. Ułatwia wydobycie się do wierzchu płynnej treści wyprysku.

Niektóre składniki (szczególnie alcohol) mogą przerażać, zwłaszcza wrażliwców z delikatną skórą, czy przy skłonności do rozszerzonych naczynek, co dotyczy właśnie mojej cery. Skład jest wyjątkowo "mocny" i można by obawiać się zaczerwienienia, pojawienia się nowych pajączków, pieczenia, podrażnienia, wysuszenia, itd. U mnie nie wystąpiły żadne niepożądane reakcje. Papka nie wyrządziła mi krzywdy. Owszem, zaraz po nałożeniu odczuwalne jest lekkie "szczypanie/mrowienie", to zapewne zasługa kamfory oraz alkoholu. Może gdybym często używała jej jako maseczki pojawiłoby się więcej naczynek i jakieś podrażnienie, ale stosowana bezpośrednio na wypryski nie ma negatywnego wpływu na cerę. Po wygojeniu się zmian skóra wyglądała jak zwykle.


 Plusy:
- przyspiesza gojenie się wyprysków,
- wysusza pryszcze,
- działa antybakteryjnie, odkażająco,
- nie podrażnia,
- nie pogarsza stanu cery.

Minusy:
- dostępność,
- dłuższy (w stosunku do starej wersji) czas gojenia zmian,
- rzadsza (obecnie) konsystencja.


Jestem trochę zawiedziona zmianami w konsystencji, jak również w skuteczności papki. Stara wersja jeszcze szybciej od aktualnej radziła sobie z wypryskami. Była niezawodnym ratunkiem przed większymi uroczystościami. Nie rozumiem dlaczego firmy wprowadzają zmiany do świetnie działających produktów. No cóż, lamenty nic tu nie pomogą. W końcu to recenzja dostępnej wersji, która mimo wszystko nadal na mnie działa i przynosi efekty, dlatego wciąż daję jej szansę, ale podchodzę do niej już z mniejszym entuzjazmem.

Używaliście tej papki? Jakie produkty pomagają Wam zwalczyć trądzik?

poniedziałek, 26 maja 2014

Garnier, Ultra Doux, Olejek z awokado i masło karite, Odżywka do włosów

Kupując tę odżywkę kierowałam się nie tylko pozytywnymi opiniami z Internetu, ale również stanem moich włosów i składem. Jest to odżywka emolientowa, więc powinna być dobrym wyborem dla włosów z tendencją do puszenia się. Wcześniejsze zabiegi pielęgnacyjne z olejem awokado[recenzja] dały u mnie całkiem pozytywne rezultaty. Produkt zdaniem producenta ma także odżywiać włosy suche i zniszczone. Moje jakoś bardzo zniszczone nie są, ale gdzieniegdzie pojawiają się rozdwojone końcówki, na co żaden kosmetyk oczywiście nie pomoże, ale może zapobiegać takim sytuacjom. Mam także włosy u nasady przetłuszczające się, a na długości suche i zazwyczaj dobrze na nie wpływają produkty "nawilżające" i odżywcze. Właśnie wykończyłam odżywkę z serii Ultra Doux z olejkiem awokado i masłem karite (pokazywałam ją w poście zakupowym TUTAJ), więc myślę, że to dobry moment, aby napisać, jak się u mnie sprawdziła.


Pojemność: 200 ml.
Cena: 7,99 zł.
Dostępność: dobra, większość drogerii (np. Rossmann, Hebe).

Opis producenta:

 Skład:

Opakowanie:
Płaska plastikowa tubka z zamykaniem na zatrzask. Pod koniec używania trudniej jest wydobyć pożądaną ilość produktu, w końcu trzeba rozciąć tubkę. Samo opakowanie nie jest zbyt udane, natomiast szatę graficzną uważam za estetyczną. Żółty kolor nastraja niezwykle pozytywnie, brązowe wykończenie oraz napisy dodają elegancji, a zdjęcie awokado oraz orzecha masłosza kojarzą się ze świeżością i egzotyką.


Konsystencja i zapach:
Konsystencja jest przyjemnie kremowa o żółtym zabarwieniu. Produkt dobrze się rozprowadza. Zapach jest śliczny i bardzo przypadł mi do gustu. Trudno mi go z czymś porównać, trochę przypomina kokosa. Utrzymuje się na włosach jeszcze na drugi dzień, ale jest już wtedy niezwykle delikatny.


Moja opinia:
Produkt najczęściej stosowałam po umyciu jak zwykłą odżywkę, którą po kilku - kilkunastu minutach spłukiwałam. Czasem nakładałam ją też podobnie jak maskę pod czepek na pół godziny lub godzinę. Używałam jej także w metodzie OMO (odżywka-mycie-odżywka), jako pierwsze O oraz do emulgowania olejów. Nie aplikowałam jej na skalp lecz dopiero na włosy, mniej więcej od ucha w dół.

Początkowo odżywka nadawała włosom objętości i były bardzo puszyste. Z tego efektu byłam niezwykle zadowolona. Cenię sobie produkty, które chociaż optycznie powiększają moją czuprynę. Z czasem jednak zauważyłam, że jej działanie wzmagające objętość zdecydowanie osłabło.  Nie powodowała przyklapnięcia, ale też nic nie poprawiała w tej kwestii.

Po jej zastosowaniu włosy były niesamowicie miękkie i lekko nawilżone, ale tylko jeśli nakładałam jej dość sporo. Gdy dozowałam produkt oszczędniej, to po wyschnięciu były "sztywne", jakby szorstkie. Miałam wrażenie, że są za mało nawilżone. Póki co nie były przesuszone, ale ich stan wskazywał na to, że jeszcze kilka takich myć i zamienią się w suchą miotłę.


Odżywka nie obciąża. Nie mam szczególnych problemów z rozczesywaniem, ale widziałam, że po jej użyciu włosy stawały się bardziej śliskie i "rozplątane", więc myślę, że w przypadku trudności może ułatwiać rozczesywanie. Nadaje włosom lekki blask, ale różnica po użyciu odżywki, a ich naturalnym stanem nie jest zbyt duża. Włosy są także śliskie i sypkie. Nie zauważyłam natomiast, żeby w okresie jej regularnego stosowania włosy były lepiej odżywione (niż po myciu odpowiednio dobranym szamponem).

Niestety odżywka u mnie powodowała puszenie się włosów, a nie muszę dodawać, że nie wygląda to zbyt atrakcyjnie. Mimo więc początkowych zachwytów nad większą objętością i miękkością puszenie się doprowadzało mnie do szału. Oleju awokado o to nie podejrzewałam, ale w końcu spróbowałam olejowania naturalnym masłem shea (karite) i okazało się, że to może być przyczyna puchu. Włosy były identycznie (mocno) spuszone po maśle, jak po odżywce. Masło shea, choć fantastycznie się sprawdza na skórze, to już moim włosom nie służy.


Plusy:
- nadaje włosom objętości, puszystości,
- może ułatwiać rozczesywanie,
- nadaje lekko blask,
- sprawia, że włosy są miękkie, śliskie i sypkie,
- nie obciąża,
- ładny zapach,
- estetyczne opakowanie,
- konsystencja,
- dostępność,
- cena.

Minusy:
- efekty z czasem stają się słabsze,
- powoduje puszenie się włosów,
- żeby osiągnąć pozytywne rezultaty, trzeba nałożyć dużo więcej odżywki,
a to obniża wydajność,
- opakowanie utrudniające wydobycie produktu pod koniec używania.


Wiem, że odżywka pielęgnacyjna z olejkiem awokado i masłem karite dla wielu stała się włosowym hitem, niestety u mnie się nie sprawdziła. Powodowała ogromne puszenie się włosów, którego nie ujarzmiła nawet odżywka z Alterry "Granat i aloes"  (używana jako drugie - O w metodzie OMO), wygładzająca zazwyczaj dość mocno kosmyki. Pomijając ten aspekt, specyficzny dla moich włosów, to nie objawiły się jakoś szczególnie inne walory pielęgnacyjne tego produktu. Nie odnotowałam większego niż zazwyczaj odżywienia, nawilżenia, czy też wzmocnienia. Może w przypadku innego rodzaju włosów efekty będą bardziej widoczne. U mnie nawet te, które początkowo tak cieszyły z czasem słabły. Wymieniłam kilka plusów wynikających z działania odżywki, ale nie jest to nic, czego nie osiągnęłabym przy pomocy odpowiedniego szamponu. Piękny zapach i przyjemna konsystencja to stanowczo za mało, żebym miała ochotę do niej wracać. Kusi mnie jednak wypróbowanie innych wersji odżywek z serii Ultra Doux, nie zawierających masła shea. Może okazałyby się lepszym wyborem dla moich włosów.

Mieliście tę odżywkę? Jest Waszym włosowym hitem czy raczej okazała się niezbyt trafnym wyborem? Jakie są Wasze ulubione odżywki?

środa, 21 maja 2014

Dax Cosmetics, Perfecta, Żel pod prysznic peelingujący drobnoziarnisty

Bardzo lubię kosmetyki peelingujące i chętnie po nie sięgam. Nie jestem jednak fanką bardzo ostrych zdzieraków, a mój wzrok skłania się zawsze w kierunku łagodnych produktów. Swego czasu natknęłam się w Biedronce na żel peelingujący z Perfecty i pomyślałam, że może się okazać odpowiedni dla mojej skóry. Jak było w praktyce, o tym w dalszej części posta.


Pojemność: 200 ml.
Cena: poniżej 10 zł.
Dostępność: większość drogerii, czasem Biedronka.

Opis producenta:


Skład:

Plastikowa tuba z zamykaniem na zatrzask, zapewnia wygodę użycia, bowiem można ją postawić na korku, a zawartość sama spływa i nawet kiedy produkt już się kończy nie trzeba żadnych zabiegów, żeby ułatwić sobie wydobycie resztek. 


Żel ma bardzo przyjemny zapach pomarańczowo-waniliowy. Mnie przypomina gumę balonową i uważam, że jest w zasadzie identyczny jak zapach masła do ciała antycellulitowego waniliowo-pomarańczowego z serii Perfecta SPA. Zresztą oba kosmetyki należą do grupy antycellulitowych. Mimo że "skórka pomarańczowa" jest moją zmorą, to zdecydowałam się na zakup tego kosmetyku nie pod kątem walki z cellulitem, ale dlatego że mam dość delikatną i wrażliwą skórę, którą łatwo podrażnić. Wolę delikatniejsze peelingi i unikam bardzo ostrych zdzieraków. Żel peelingujący wydał mi się więc łagodniejszą formą pozbycia się obumarłych komórek naskórka.


Pierwsze, co zaskakuje po otwarciu tubki, to rzadka konsystencja, zupełnie nie przypominająca zwartych peelingów. W niej zatopione są bardzo dobrze zmielone drobinki orzechów i migdałów. Nazwa żel peelingujący trafnie oddaje ideę tego kosmetyku, bowiem faktycznie należy go traktować jak żel pod prysznic z małym bonusem w postaci rzeczonych drobinek, które dość delikatnie pomagają się pozbyć martwego naskórka. Na początku stosowania, jego działanie peelingujące wydawało mi się nawet zbyt łagodne, toteż używałam go w połączeniu z rękawicami do peelingu z Rossmanna, jednak mojej skórze nie podobało się takie traktowanie - była podrapana, mocno zaczerwieniona i aż piekła. Zrezygnowałam więc z tej metody. 



Sam żel stosowany regularnie, np. dwa - trzy razy w tygodniu rzeczywiście utrzymuje skórę w dobrym stanie, świetnie ją oczyszczając i wygładzając. Przy takiej częstotliwości używania może zastąpić peeling. Nie przesusza, nie podrażnia, ani nie uczula. Nie zawiera parafiny, więc nie pozostawia śliskiego filmu na skórze, charakterystycznego dla kosmetyków z tym składnikiem i dającego złudne uczucie wygładzenia. Nie oblepia skóry w żaden sposób i dobrze się spłukuje. Działanie "antycellulitowe" ma takie, jak inne peelingi, czyli nie rusza samej przypadłości, ale wspomaga walkę z nią, za sprawą poprawy ukrwienia skóry oraz ułatwienia wnikania składników innych kosmetyków.


Plusy:
- łagodne działanie,
- wygładza,
- oczyszcza,
- nie podrażnia,
- nie uczula,
- nie zawiera parafiny,
- dobrze się spłukuje,
- ładny zapach,
- cena,
- dostępność.

Minusy:
- trochę rzadka konsystencja.


Często lubię zmieniać żele pod prysznic, więc ten stanowił chwilową odskocznię od tradycyjnych kosmetyków myjących oraz peelingów. Może okazać się trafionym wyborem dla osób z bardzo wrażliwą skórą, dla których większość dostępnych peelingów jest zbyt ostra, ale wolałabym, żeby miał trochę gęstszą konsystencję, no i czasem miałam ochotę na odrobinę mocniejsze działanie ścierające. Mimo wielu zalet nie spowodował u mnie takiego zachwytu, abym całkowicie zrezygnowała z moich ulubionych delikatnych zdzieraczków z Joanny [recenzja], mających według mnie świetną konsystencję i optymalne działanie peelingujące. Wydaje mi się także niezłym produktem na wyjazd, gdyż jest to takie 2 w 1, które pozwoli się umyć i wygładzić skórę bez konieczności zabierania ze sobą kilku różnych kosmetyków. Nie wiem jeszcze czy do żelu z Perfecty wrócę, chociaż jest całkiem niezły, ale też szału wielkiego nie ma, natomiast w mojej łazience pojawił się już kolejny żel peelingujący, tym razem z BeBauty, Spa Bali.

wtorek, 20 maja 2014

Almay, TLC Truly Lasting Color 16 Hour Makeup - Podkład do twarzy

Od początku marca używam podkładu Maybelline, SuperStay, Better Skin, jednak jest on daleki od ideału i muszę przyznać, że rozczarował mnie ogromnie. Zatęskniłam więc za produktem firmy Almay, który niestety już się skończył (wspominałam o nim w poście denkowym TUTAJ). Dostałam ten podkład w prezencie od koleżanki, która przywiozła go ze Stanów. W polskich drogeriach nie widziałam produktów Almay, ale można go dostać na Allegro. Mimo kiepskiej dostępności postanowiłam zamieścić jego recenzję, bowiem u mnie się sprawdził, a zaglądają tu także osoby z USA i innych krajów, wiele z nas także wyjeżdża tam na wakacje, więc być może kilka słów na jego temat okaże się przydatne. 


Kosztuje ok. $ 12,49 (czyli tyle, ile w Polsce podkłady ze średniej półki np. Maybelline). Na Allegro widziałam za 29,90 zł.
Pojemność jest standardowa, czyli  30 ml. Produkt jest ważny 24 miesiące od otwarcia.



Z informacji na opakowaniu (w języku angielskim) wynika, że podkład:

  • odżywia i chroni skórę przez 16 godzin,
  • nie ściera się - nawet w upale i wilgoci,
  • wygląda świeżo przez cały dzień,
  • wzbogacony o witaminy i antyoksydanty,
  • hipoalergiczny,
  • nie zatyka porów,
  • oil-free (nie zawiera tłustych składników, beztłuszczowa formuła),
  • zawiera filtr SPF 15.
     
Skład:
ACTIVE INGREDIENTS: TITANIUM DIOXIDE 3.3%, ZINC OXIDE 2.3%




 Opakowanie:
Szklany słoiczek z pompką. I o ile z formy dozowania jestem jak najbardziej zadowolona, to już za szklanymi opakowaniami nie przepadam, gdyż zawsze jest ryzyko, że się rozbiją (tak się stało z moim ulubionym podkładem z Max Factor, Face Finity All Day Flawless 3 w 1 -> recenzja). Poza tym nie ma możliwości wydobycia kosmetyku w całości, bowiem zawsze zostaje sporo produktu na ściankach i na dnie.


Moja opinia:
Zacznę od tego, że odcień Ivory 01 120 ładnie stapia się z moją skórą. Niestety nie wszystkie firmy pamiętają o odcieniach dla osób z jasną i bardzo jasną karnacją, więc gama kolorystyczna zawierająca coś dla bladziochów jest dużym plusem. Nie odniosłam wrażenia, żeby mój kolor jakoś wyjątkowo się utleniał. Jeśli ciemniał, to było to niezwykle subtelne.


Po wyciśnięciu na grzbiet dłoni wygląda na beżowy, nie skłania się w stronę różu i z pewnością prosiaczka z nikogo nie zrobi. Na twarzy jest bardzo jasny i jeśli już można go przypisać do którejś tonacji, to będzie beż.


Gdy otworzyłam go pierwszy raz i wycisnęłam trochę na wierzch dłoni, wokół samego podkładu pojawiła się niewielka oleista powłoczka. Miałam wrażenie, że podkład ma oliwkową formułę, więc bałam się nakładać go na twarz, żeby mnie nie wysypało. Podejrzewałam, że będzie się źle rozprowadzał, ale moje obawy okazały się niesłuszne. 
Cieszę się, że zaryzykowałam, ponieważ produkt okazał się całkiem dobry. Potem już nie było takich incydentów, zresztą wskazane byłoby wstrząśnięcie go przed użyciem. Łatwo się go rozprowadza, chociaż może tworzyć małe smugi, jednak nie zastyga szybko na twarzy, więc bez problemu można dokonać poprawek i zniwelować wszystkie niedociągnięcia. Doczytałam także na opakowaniu, że podkład ma beztłuszczową formułę (oil free), a więc powinien być niekomedogenny. 

Bardzo podoba mi się jego krycie, które jest od małego po średnie +, ale przy tym nie tworzy maski, nie jest ciężki. Buzia wygląda na zdrową i wypoczętą. Można stopniować efekt i nakładać go bardzo cienką warstwą, wyrównując koloryt skóry i zachowując świeży oraz naturalny look, bądź też dołożyć, go więcej w miejscach, gdzie tego potrzebujemy i nadal dobrze wygląda. 

Wykończenie określiłabym jako satynowe, twarz się nie świeci. Nakładałam go także na strefę T i prezentował się w porządku, a przede wszystkim mnie nie zapchał. Oczywiście w tym obszarze jego trwałość jest krótsza i trzeba czasem dokonać poprawek. Nie jest tak ciężki, jak np. Revlon Color Stay, ale treściwy. Zawiera też filtry, może nieszczególnie wysokie, bo tylko SPF 15, jednak miło, że są.


Nie utrzymuje się tak długo, jak Revlon ColorStay czy Max Factor Lasting Performance, ale nie jest z tym najgorzej. Oczywiście 16 godzin to przesada, jednak przypudrowany czasem jeszcze po przyjściu z pracy był obecny na buzi. Wiele zależy od tego, co nakładałam na twarz przed podkładem, bo jeśli tłusty krem z filtrem, to ten czas był krótszy (ok. 5 – 6 godzin bez przypudrowania), ale mnie i tak satysfakcjonował. Jeśli miałam tylko lekki krem nawilżający, bądź serum, to przetrwał znacznie dłużej! - nawet cały dzień.

Nie zauważyłam, aby podkład wysuszał mi skórę, chociaż nigdy nie nakładam produktów kolorowych na "gołą" twarz lecz zawsze najpierw aplikuję jakiś krem i nawet w czasie kuracji kawasami, kiedy cera była przesuszona nic mnie nie szczypało.
Warto też wspomnieć, że współpracuje z innymi kosmetykami (kremy z wysokimi filtrami, serum, itd.). Na jaki produkt bym go nie nałożyła, to nie rolował się, ani nie warzył, nie osadzał się na włoskach. Jest też wydajny i wystarczył mi na dość długo, mimo że zawsze staram się uzyskać optymalne krycie i dokładam kosmetyku to tu, to tam, więc te o słabszym kryciu, szybko się kończą.


Plusy:
- naturalne wykończenie,
- niezłe krycie,
- przyzwoity czas utrzymywania się,
- jasny kolor idealny z kolorem mojej skóry,
- nie ciemnieje w sposób rzucający się w oczy,
- nie przesusza skóry,
- nie tworzy maski,
- współpracuje z innymi kosmetykami,
- pompka,
- wydajność.


Minusy:

- dostępność w Polsce,
- szklane opakowanie.


Byłam zadowolona z tego produktu i jak jeszcze kiedyś będę miała możliwość, to poproszę koleżankę, żeby mi go przywiozła. Z przyjemnością mi się go używało i były miesiące, kiedy stawał się moim ulubieńcem (październik, listopad), chociaż nigdy nie zdetronizował podkładu Lasting Performance z Max Factor [recenzja]. Spełnił wszystkie moje wymagania, jakie stawiam podkładom (niezłe krycie w połączeniu z naturalnym wyglądem, brak przesuszenia, długotrwałość). Oczywiście mam tu na myśli podkłady do stosowania na co dzień, bowiem wybierając się na imprezę trwającą kilkanaście godzin, np. wesele, postawię na niezawodne krycie i trwałość, które zapewniają mi trzy podkłady: Revlon Color Stay (dla cery mieszanej i tłustej), Max Factor, Face Finity All Day Flawless 3 w 1 [recenzja] oraz Max Factor Lasting Performance [recenzja].

Znalazłyście już Wasz podkład idealny? Macie swoich ulubieńców czy ciągle poszukujecie dobrego podkładu? 

poniedziałek, 19 maja 2014

Balea Professional, Glatt + Glanz Shampoo, Szampon połysk i ład

Na szampon Balea z linii Professional natknęłam się przeglądając oferty na Allegro, a że marka Balea dobrze kojarzy mi się przede wszystkim za sprawą pozytywnych recenzji jej asortymentu na blogach kosmetycznych, to nie zastanawiając się długo, zakupiłam ten produkt. Bardzo skusił mnie opis producenta (a raczej jego tłumaczenie, bo z  niemieckim u mnie nie jest najlepiej). Z opisu zrozumiałam tyle, że szampon ma wygładzać, zapobiegać elektryzowaniu się włosów i jest bez silikonów. Moje włosy uwielbiają się puszyć, więc doszłam do wniosku, że wygładzenie i formuła anti - frizz to coś, co pomoże mi je okiełznać. Przy okazji mogą zyskać jeszcze blask. No jak tu się nie skusić?!


Pojemność: 250 ml.

Cena: zazwyczaj ok. 9,90 zł - 11 zł (Internet, w DM jest na pewno tańszy). Ale uwaga: w niektórych sklepach online widziałam go nawet za blisko 20 zł.

Dostępność: drogerie DM (Niemcy, Austria, Węgry, Czechy, Słowacja, Chorwacja, Serbia, Bośnia i Hercegowina, Słowenia, Bułgaria, Rumunia), w Polsce Allegro oraz sklepy internetowe.


Opis producenta (tłumaczenie z Internetu oraz przy pomocy Tłumacza Google):
Opiekuńcza formuła Anti-Frizz oraz Ultra-Shine Effect kontroluje włosy i nadaje blask. Szampon przeznaczony do włosów suchych, szorstkich, trudnych do wygładzenia - do częstego stosowania. Szampon odżywia włosy bez ich obciążania. Włosy po użyciu szamponu będą gładkie i błyszczące, pozostając wygładzone na długo.
Z formułą anti-frizz i efektem ultra-shine, dla uzyskania efektu wygładzonych włosów z połyskiem.

  • bez silikonów,
  • z kompleksem antystatycznym, który zapobiega elektryzowaniu się,
  • do częstego stosowania,
  • z formułą anti-frizz do włosów niesfornych i matowych.
* Po użyciu do 3 razy więcej blasku.

Delikatnie wmasować w mokre włosy, pozostawić na 1 minutę i spłukać dokładnie.


Skład:

Opakowanie:
Tuba, którą można postawić na korku, dzięki czemu produkt swobodnie spływa i nawet pod koniec można go bez problemu wydobyć. Tworzywo, z którego jest wykonane opakowanie zapobiega osadzaniu się szamponu na ściankach i migruje on w całości do otworu, więc zostaje zużyty do cna. Po rozcięciu tubki okazało się, że w środku nie ma żadnych resztek kosmetyku, więc jeśli nic już nie da się z tuby wycisnąć, oznacza, że został zużyty w 100%. Zamykanie na zatrzask działa jak powinno. Nie zacina się. 





Konsystencja:
Gęsta zawiesina koloru perłowo białego. Szampon nie przecieka przez palce, dobrze się rozprowadza. Pieni się odpowiednio.




Zapach:

Bardzo mi się spodobał. Po wyschnięciu był jeszcze lekko wyczuwalny. Gdy nosiłam koczek, to po rozpuszczeniu włosów rozchodził się ponownie jego przyjemny zapach. Kojarzył mi się ze świeżo upraną bielizną. Taką, co pięknie pachnie proszkiem. 

Moja opinia:
Niewątpliwie olbrzymim atutem tego szamponu jest ładny zapach, różniący się zupełnie od woni do jakich przywykłam, używając przez lata niemal wyłącznie ziołowych specyfików do mycia włosów. Szampon Balea z linii Professional nie zawiera silikonów i jest to kolejna cecha łącząca go z kosmetykami, na które stawiam w pielęgnacji moich kosmyków. 


Szampon nie spowodował żadnej reakcji alergicznej, podrażnienia, swędzenia skóry głowy, czy też łupieżu. Nie wysusza włosów. Pieni się jak należy i ma świetną konsystencję. Jest szamponem oczyszczającym, zawierającym SLES w składzie i całkiem nieźle wywiązuje się z tego zadania, bowiem sprawiał, że zazwyczaj mogłam je myć co drugi dzień. Czasem jednak zdarzało się, że w dzień, na który przypadało wieczorne mycie zauważałam już rano lekkie przetłuszczanie się w okolicy grzywki. Reszta włosów zachowywała nadal przyzwoitą świeżość.
(Mycie co drugi dzień, to u mnie standard przy szamponie, który jest odpowiedni. Rzadko mi się zdarza trafić na produkt, który by ten czas wydłużył. Czasem napotykam też i takie szampony, które wymuszają codzienne mycie).

Włosy były miękkie w dotyku, "mięsiste", sprawiały wrażenie grubszych i gęstszych, były także uniesione u nasady i puszyste. Niestety tak zachwalana przez producenta formuła dyscyplinująca u mnie nie zadziałała i włosy się puszyły. Owszem, są na to sposoby, m.in. odżywki, ale nie po każdym szamponie mam puch na głowie, więc za to daję mu minus.

Czy włosy były błyszczące? Tak, ale nie bardziej niż zwykle, więc ani nie nastąpiło polepszenie, ani też szkody nie wyrządził w tym aspekcie. Generalnie najgorzej nie jest, ale do blasku z niektórych reklam w telewizji jeszcze trochę im brakuje. Mimo wszystko miałam cichą nadzieję, że Balea "Glatt + Glanz" choć trochę zbliży mnie do upragnionej tafli. Może, gdyby moje włosy były matowe, różnica okazałaby się bardziej zauważalna. 


Plusy:

- ładny zapach,
- konsystencja,
- dobrze się pieni,

- nie podrażnia, 
- nie przesusza włosów,
- nieźle oczyszcza,
- włosy są miękkie, uniesione u nasady, puszyste,
- opakowanie umożliwiające całkowite zużycie produktu,
- wydajność,
- cena.

Minusy:
- powoduje puszenie się włosów,
- dostępność w Polsce.




Podsumowując, szampon sporo oferuje, jak za taką cenę, ale jednocześnie niczym szczególnym się nie wybija ponad kilka dobrze znanych mi szamponów polskich producentów, zatem bogactwo dobrych i łatwiej dostępnych kosmetyków do oczyszczania i pielęgnacji włosów powoduje, że raczej nie wrócę do  produktu "Glatt + Glanz". Szczególnie, że nie mam w pobliżu drogerii DM i póki co jedynie mogę go zdobyć w sklepach internetowych, a jakby nie było, niesie to ze sobą małe niedogodności i podnosi koszt produktu. W innej sytuacji być może bym się jeszcze kiedyś skusiła.

Używaliście szamponów z tej firmy? Odkryliście jakieś hity pielęgnacyjne z Balea? Jaki jest Wasz ulubiony szampon?

piątek, 16 maja 2014

Bioderma, Sensibio H2O - Królowa wśród miceli?

Płyn micelarny z Biodermy cieszy się dobrą sławą w blogo- i vlogosferze od wielu lat. Jest już produktem kultowym. Niestety jego cena nie jest zbyt korzystna i skutecznie powstrzymywała mnie przed zakupem, zwłaszcza że są na rynku micele, których działanie mnie satysfakcjonuje, a przy tym nie rujnują budżetu. W końcu jednak ciekawość kosmetyczna zwyciężyła, a wzmogła ją jeszcze dość dobra promocja, gdzie za dwie butelki płynu, każda po 500 ml zapłaciłam 61,50 zł. Doszłam do wniosku, że taka okazja się nie powtórzy, bo jak łatwo policzyć za 250 ml wychodzi ok. 15,40 zł. A litr płynu wystarczy mi na dłuższy czas używania.

piątek, 9 maja 2014

Denko, czyli garść minirecenzji

Po dłuższej przerwie w pisaniu na blogu, nadrabiam zaległości i dziś przedstawiam część produktów, które zużyłam od ostatniego postu denkowego, a ukazał się on 8 lutego. Od tego czasu nazbierało mi się trochę pustych opakowań, więc znalazłam chwilkę na obfotografowanie moich zdenkowańców, żeby móc się wreszcie pozbyć wszystkich tych pudełek. Zdjęcia robiłam w połowie kwietnia i kolejna porcja znowu czeka na "sesję zdjęciową", więc zapewne niebawem pojawi kolejny post ze zużyciami. Poniżej kilka słów o wykończonych produktach oraz o tym, do których nie wrócę, a które chętnie znów zobaczę w kosmetyczce. Część z kosmetyków zapewne nie doczeka się osobnej recenzji, więc chciałam trochę więcej o nich powiedzieć. 


- Lirene, Płyn micelarny do demakijażu twarzy i oczu, 200 ml – ma kilka plusów: nie podrażnia, nie przesusza skóry, tonizuje, zapach chociaż dość intensywny, zwłaszcza jak na płyn do demakijażu, to jest przyjemny. O ile z podkładem i pudrem jeszcze sobie w miarę dobrze radzi, to już zmywanie makijażu oczu niestety kiepsko mu wychodzi, przede wszystkim jest problem z usunięciem tuszu do rzęs i eyelinera, nawet tych niewodoodpornych. Rozmazuje wszystko wokół oczu i trzeba się przyłożyć, żeby ładnie oczyścić ten obszar twarzy. Nie kupię ponownie, zwłaszcza że znam wiele lepsze micele w podobnej cenie (ok. 13 zł)

- Biochemia Urody, Hydrolat z kwiatu kocanki, 200 ml - kupiłam, ponieważ często jest polecany do cery naczynkowej, wrażliwej, podrażnionej. Niestety na mojej buzi nie było śladu jego wspaniałych właściwości. Nie koił, nie zauważyłam, żeby cokolwiek pozytywnego robił ze skórą, a dla mojego zmysłu powonienia zapach tego hydrolatu jest bardzo nieprzyjemny. Gdybym widziała jakieś efekty działania, jakoś bym ścierpiała tę woń. Nie podrażnił mnie, ani nie uczulił. Zużywałam go ponad rok, bowiem robiłam do niego kilka podejść i dawałam mu kolejne szanse. W końcu zaczęłam go stosować głównie do zwilżania maseczek glinkowych. Nie kupię ponownie. Obecnie cena wynosi 19,90/200 ml.

- L’oreal, Ideal Soft, Oczyszczający płyn micelarny, 200 ml – dobry produkt, choć cena w stosunku do wydajności nie jest zbyt korzystna. Nie podrażnia, nie uczula, łagodzi i delikatnie nawilża, skutecznie zmywa makijaż (niewodoodporny). Zużyłam dwa opakowania, więc znaczy, że lubię i na promocji zrobiłam sobie mały zapas, więc jeszcze nie raz do niego wrócę.


 - La Roche Posay, Anthelios XL Gel-Creme Toucher Sec SPF 50+ (Żel-krem do twarzy suchy w dotyku), 50 ml - zapewnia wysoką ochronę, nie tylko UVB, ale także UVA. Używałam głównie na strefę T (broda, nos, czoło), gdzie moja cera jest tłusta. Nie nadaje się do cery suchej, bowiem będzie powodował dyskomfort, uczucie ściągnięcia i szczypania skóry. Znacznie lepiej sprawdzi się przy cerze tłustej. Szybko zastyga i aplikacja nie jest łatwym zadaniem. [Recenzja]. Więcej nie kupię. 

 - Avon Sun+, Moisturizing Face Cream SPF 30 (Nawilżający krem ochronny do twarzy SPF 30), 50 ml - nie przesusza skóry, nie roluje się, nadaje się pod makijaż. Pozostawia tłustą warstwę, ale można sobie z tym poradzić używając pudru i buzia ładnie wygląda. Nie przypadł mi do gustu jego zapach oraz to, że zawiera szkodliwy składnik (Benzophenone-3). [Recenzja]. Nie kupię.

Vichy, Capital Soleil, Creme Visage, Ochronny krem do twarzy SPF 50+, 10 x 1 ml - krem z wysokim filtrem, ma zapewniać skórze blask i zapobiegać przebarwieniom. Próbek zużyłam znacznie więcej, ale resztę opakowań wyrzuciłam od razu. Nie zauważyłam, żeby ten krem bielił skórę, natomiast pozostawia tłusty film. Dla mnie ta tłusta powłoka nie była dużym problemem, gdyż wystarczyło przypudrować twarz, a buzia wyglądała rzeczywiście na wypoczętą i dobrze nawilżoną. Dodatkowo nie odnotowałam nieprzyjemnego ściągnięcia skóry, ani nie warzył mi się podkład, co zdarza się w trakcie stosowania kosmetyków matujących. Całą próbkę nakładałam na twarz, poza brodą i nosem (cera tłusta). Myślę, że dla osób z tłustą cerą bardziej odpowiednia będzie emulsja matująca z serii słonecznej Capital Soleil [recenzja]. Sama obecnie waham się czy zakupić Creme Visage, czy emulsję matującą. Oczywiście jeśli wybiorę pierwszy wariant, na strefę T będę musiała używać innego kremu z filtem (matującego). Creme Visage najodpowiedniejszy będzie dla cer suchych, które odczuwają przesuszenie i ściągnięcie twarzy w przypadku stosowania innych kremów. Może kupię.


- Purederm Botanical Choice, Nose Pore Stripes (Plastry na nos oczyszczające pory), 6 szt. - świetne plastry na nos. Pomagają oczyścić tę okolicę z wągrów.  Kupię, ale tylko gdy znów pojawią się w Biedronce. Mam nadzieję, że mały zapas, który sobie zrobiłam wystarczy mi do tego momentu. 

- Korres, Wild Rose Instant Brightening & Illuminating Vitamin C Mask, Rozjaśniająca maseczka do wszystkich rodzajów skóry z olejkiem z dzikiej róży, 16 ml – według mnie jedna z lepszych gotowych maseczek . Kilka razy pomogła mi znacznie poprawić wygląd cery przed ważniejszymi uroczystościami.  Jest to też jeden z nieziemsko wydajnych produktów, bowiem niewielka pojemność 16 ml wystarczy na kilkanaście zastosowań. Bynajmniej nie żałuję jej zakupu, jednak cena za tak małą pojemność wydaje mi się zbyt wygórowana, do tego z dostępnością nie jest najlepiej, więc chyba nie kupię ponownie. [Recenzja]

- e-naturalne, Maska algowa peel-off pod oczy
- bardzo polubiłam ten produkt, za to że u mnie efekty jego działania były zauważalne. Napina skórę, delikatnie wygładza niewielkie "kurze łapki", wyrównuje koloryt skóry pod oczami, rozjaśnia cienie spowodowane przemęczeniem. [Recenzja]. Kupię.

- Tołpa: dermo face, sebio, Maska - peeling - żel 4 w 1 korygująca niedoskonałości, 12 ml - oczyszcza, wygładza, zwęża pory, pomaga zwalczyć zaskórniki i przy takiej wydajności cena okazuje się przyzwoita. Bardzo lubię i zużywam kolejne opakowanie. Nie jestem pewna czy nie będzie wpływać niekorzystnie na cerę naczynkową, więc z zakupem następnych sztuk póki co się wstrzymam, ale za jakiś czas, myślę że znowu zafunduję mojej buzi kilka seansów z tym produktem. [Recenzja]

- Yves Rocher, Riche Creme, Krem przeciwzmarszczkowy intensywnie regenerujący - chociaż to próbka kremu do twarzy, zużyłam ją pod oczy i wystarczyła na kilka aplikacji. Byłam zadowolona, więc zaopatrzyłam się w krem przeznaczony właśnie pod oczy z tej serii, ale ten do twarzy jest chyba lepszy. Cena regularna (159 zł) jednak odstrasza i nawet promocja - 30% (109 zł) nie jest dla mnie przekonywująca.

- Yves Rocher, Flawless Finish Fluid Foundation - podkład Zero niedoskonałości, który ma się utrzymywać 14 godzin. Nie miałam okazji przetestować jak się będzie zachowywał cały dzień, gdyż odcień, który znalazłam w saszetce (Beige 200 - Teint Clair) był za ciemny o kilka tonów w stosunku do mojej karnacji. 


- Farmona, Herbal Care, Szampon brzozowy, 300 ml -  kolejna wersja lubianych przeze mnie szamponów z Farmony, tym razem brzozowa. Czasem bywa w Biedronce. Jest niedrogi, nie przesusza włosów, nie powoduje ich puszenia, dobrze oczyszcza, przedłuża świeżość, nawilża. Polubiłam go równie mocno, jak wariant z żeń-szeniem [recenzja]. Może dlatego, że obie wersje mają zbliżone działanie. 

- Barwa naturalna, Len & Vitamin Complex LA, Szampon do włosów suchych i łamliwych, 250 ml - całkiem niezły i tani szampon oczyszczający, ale u mnie niestety powoduje puszenie się włosów. [Recenzja]. Raczej nie kupię, ale będę testować inne wersje. 

- Joanna, Argan Oil, Szampon z olejkiem arganowym, 200 ml - druga zużyta przeze mnie butelka tego szamponu. Przedłuża świeżość włosów, nie przesusza, nie obciąża. Włosy po nim są puszyste i uniesione u nasady. Ładnie pachnie, nie ma problemów z dostępnością, jest niedrogi. Kiedyś jeszcze kupię.

- Isana, Suchy szampon, 200 ml - przeciętny suchy szampon, który jest łatwo dostępny i niedrogi w porównaniu z podobnymi produktami innych firm. Raczej nie kupię. Mam już swoich ulubieńców. Więcej o nim pisałam TUTAJ, gdzie porównałam go także z szamponami Syoss i Batiste.



- Facelle Intim, Wasch-lotion, Płyn do higieny intymnej, 300 ml - kosmetyk niezwykle tani, a często można go zakupić w promocji poniżej 4 zł. Dobrze się wywiązuje ze swojego zasadniczego zadania, do którego przeznaczył go producent. Nie podrażnia. Ma też szereg innych zastosowań - zmywałam nim oleje z włosów (ale nie używałam zamiast szamponu), zastępuje żel pod prysznic, a także dobrze sobie radzi z praniem pędzli, szczególnie mam tu na myśli pędzel do podkładu, którego nie mógł doprać ani Babydream, ani inne szampony, dopiero Facelle sprawił, że pędzel znów wygląda jak nowy. Kupiłam ponownie.

- Original Source, Chocolate & Orange, Żel pod prysznic, 250 ml - ma fatalną galretowatą konsystencję, powodującą rozbryzgiwanie się żelu na wszystkie strony i uniemożliwiającą umycie się, co odbija się na wydajności. Nie nawilża i jest drogi. Bubel. [Recenzja]. Tej wersji więcej nie kupię.

- Forte Sweden, SEYO, Grejpfrut & Marakuja, 500 ml - kupiłam w promocji za ok. 5 zł (dostępny tylko w Naturze), więc uważam, że tani. Bardzo ładny zapach. Konsystencja rzadkawa, ale lepsza taka, niż żelu OS. Na pewno też pod względem wydajności wypada korzystniej od kolegi. Nie nawilża i nie pielęgnuje, ale od czasu do czasu można sobie pozwolić na chwilę relaksu z ładnym zapachem, w dodatku za niewielkie pieniądze. Przeciętny drogeryjny żel. Może jeszcze kupię.

- Babydream fur Mama, Wohlfuhl-Bad, Balsam do kąpieli dla matek, 500 ml - ma dość specyficzny zapach, który ostatecznie polubiłam. Stosowałam jako żel pod prysznic i byłam zadowolona. Wydajny, nie przesuszał mojej skóry, nie podrażniał. Jest delikatny, nie zawiera SLS. Jak na tę pojemność, cena w porządku. Kupię jeszcze na pewno.

- Luksja, Active Vitamins, Orange & Mandarin, Witaminowy nektar pod prysznic, 250 ml - bardzo rzadka konsystencja może obniżać wydajność produktu, ale jest niedrogi, więc uważam, że warto czasem się skusić. Przeciętny żel, którego największym, a może nawet jedynym atutem jest śliczny zapach. Nie podrażnia. Niewykluczone, że kupię (tę, albo inną wersję zapachową).

- Green Pharmacy, Nawilżający olejek kąpielowy, Sandałowiec, Neroli, Róża, 250 ml - żel o olejkowej konsystencji. Bardzo ładny zapach, nie jest chemiczny, lecz przypomina marmoladę różaną. Nie podrażnia i nie przesusza. Kiedyś jeszcze kupię.


- Dax Cosmetics, Perfecta SPA, Masło do ciała antycellulitowe waniliowo-pomarańczowe, 225 ml - świetne masełko, jednak przy skórze suchej i bardzo suchej najlepiej sprawdzi się wiosną lub pod koniec lata i jesienią. Zimą może nie nawilżać wystarczająco. Śliczny zapach. Niektórych może zrażać parafina w składzie, na mnie nie działa ona negatywnie. Dobrze nawilża i pielęgnuje skórę. Więcej o nim pisałam TUTAJ. Kupię.

- Farmona, Tutti Frutti, Masło do ciała liczi i rambutan, 275 ml  - na zimę bardzo dobry produkt nawet do skóry suchej, którą dobrze nawilża i odżywia. W mroźne dni sprawdzi się znacznie lepiej niż produkt Perfecta. W składzie też znajdziemy parafinę. Jego zapach bardzo przypadł mi do gustu. [Recenzja]. Kupię. 


- Almay, TLC Truly Lasting Color 16 Hour Makeup, Ivory 01 120, Podkład do twarzy, 30 ml - świetny jasny odcień idealny do bardzo jasnej karnacji, zapewnia niezłe krycie, a przy tym jest lekki. Nie wysusza, zawiera filtry fizyczne. Jego formuła jest beztłuszczowa (oil-free), a więc nie zapycha. Wkrótce pojawi się szersza recenzja. Jeśli będę mieć okazję, to kupię.

- Miss Sporty, Liquid Concealer, Korektor w płynie z witaminami C i E, 6 ml - stosowałam wyłącznie pod oczy. Na plus zaliczam to, że nie przesuszał delikatnej skóry w tej okolicy i nie wchodził nachalnie w załamania i "kurze łapki" (oczywiście czasem się to zdarzało, ale w niewielkim stopniu i po usunięciu nadmiaru, nie miałam problemów z powtórnym gromadzeniem się go w nierównościach). Jest też tani i wydajny. Nie obciąża i rozjaśnia, a raczej wyrównuje koloryt skóry. Nie jest to korektor długotrwały i po kilku godzinach konieczna jest ponowna aplikacja. Co do krycia, to z pewnością poradzi sobie z niewielkimi cieniami, natomiast przy większych zasinieniach rewelacji nie ma, ale beznadziejnie też nie jest. Pod tym względem dałabym mu ocenę dostateczną i na co dzień pogodziłam się z średnim kryciem w zamian za "lekkość" i brak negatywnego wpływu na delikatną okolicę oczu. Nie wspominam go źle, ale nadal poszukuję dobrego kryjącego korektora pod oczy i póki co nie wrócę do Miss Sporty. Może za kilka lat, gdy będę mieć więcej zmarszczek i zacznę stawiać na lekkość znowu po niego sięgnę, o ile jeszcze będzie produkowany. 

Essence, Stay All Day, 16h Long-lasting Concealer, 7 ml - kolejny korektor, który stosowałam na okolicę oczu, a głównie na górną powiekę zamiast bazy pod cienie. Muszę przyznać, że w tej roli sprawdził się wspaniale. Wyrównywał świetnie koloryt skóry, a makijaż oka utrzymywał się cały dzień, nic się nie rolowało, nie warzyło. Mam suchą skórę, więc nie wiem czy posiadaczki tłustych powiek będą równie zadowolone. Na cienie pod oczami stosowałam go rzadziej. Tu niespodzianki nie było i nie zakrył ich całkowicie, jednak krycie ma w miarę przyzwoite.  Wydaje mi się, że jest nieco lepszy od kolegi z Miss Sporty pod względem krycia, ma jaśniejszy (ładniejszy) odcień i ciut dłużej się utrzymuje, ale 16 godzin z pewnością jest grubą przesadą. Nie przesusza skóry. Mam jednak wrażenie, że częściej wchodzi w zmarszczki niż ten z Miss Sporty (tutaj jednak wiele zależy od kondycji skóry, bowiem przez wiele dni nie gromadził się w załamaniach, a niekiedy zdarzało się, że ten problem występował). Ma jeszcze jeden minus, po chwili ciemnieje, więc przy wyborze odcienia, warto go sobie nałożyć odrobinę np. na dłoń i pochodzić po drogerii kilka minut, żeby zobaczyć jak się zmieni. Pod oczami i na powiekach z zasadzie jest to niewidoczne i zupełnie mi nie przeszkadzało. Ogólnie go polubiłam i zakupiłam kolejne opakowanie, tylko wykończona wersja miała srebrną szatę graficzną, a nowa jest w kolorze fuksji.

- Maybelline, SuperStay 24h, 24h Concealer Correcteur, 7,5 ml - w zeszłym roku wycofany ze sprzedaży, a od kilku miesięcy zalegało u mnie to wykończone opakowanie. Początkowo trzymałam go na "czarną godzinę" w nadziei, że jak trafi się większa okazja to wydłubię jakieś resztki, ale potem stracił trochę swoje właściwości, więc nie wyrzucałam go chyba tylko przez sentyment. Jedyny drogeryjny korektor, który zakrywał moje cienie pod oczami, nie wysuszał przy tym skóry i utrzymywał się dość długo. Nie rozumiem dlaczego firma Maybelline go wycofała. Ponoć ma w ofercie jego następców, równie dobrych, mianowicie Pure Cover Mineral (również nieuchwytny w drogeriach, czasem na Allegro można upolować) oraz Affinitone (macałam testery, ale nie jestem przekonana, że kryje na tym samym poziomie). Cena ponad 27 zł nie wydawała się wygórowana, biorąc pod uwagę właściwości oraz wydajność. Zrezygnowana kupiłam w końcu Mac Pro Longwear Concealer, który faktycznie jest równie dobry, ale cena już mniej zachęcająca (77 zł). Może znacie coś zbliżonego i mocno kryjącego, jak Maybelline, w podobnej cenie, albo macie porównanie z Pure Cover Mineral lub też Affinitone, czy są godnymi zamiennikami?


- Bielenda, Czarna Oliwka, Nawilżająca 2-fazowa oliwka do demakijażu oczu i ust, 140 ml - nieźle radzi sobie z demakijażem oczu, nie wysusza skóry, a wręcz ją nawilża. Nie pozostawia tłustej warstwy, ani uczucia zamglonych oczu. [Recenzja]. Lubię, więc jeszcze kiedyś kupię.

- Oceanic, Technologia Wieku, AA Multi Regeneracja, Krem rozjaśniający cienie pod oczami, 15 ml - póki co jeden z lepszych kremów pod oczy, jakich używałam, dorównuje tym nawet 5 razy droższym, czasem je przewyższa. Nawilża, odżywia i napina skórę. To już kolejna zużyta przeze mnie tubka. Kiedyś jeszcze do niego wrócę. [Recenzja].

- Miss Sporty, Hollywood Lip Gloss, 140 Pasadena, 8,5 ml - wielki ulubieniec wśród błyszczyków. Mój odcień 140 Pasadena określiłabym jako koral. Na ustach nie daje wyrazistego koloru, ale pięknie je podkreśla, nadaje im miękkości, dziewczęcości i świeżości. Sprawia, że usta są lepszą wersją siebie. Świetnie też sprawdza się w duecie z kolorowymi pomadkami, odrobinę zmieniając ich kolor. Utrzymuje się standardowo dla błyszczyków, chociaż znam takie, które znikają szybciej. Pielęgnuje usta. Z powodzeniem może być stosowany jako zamiennik pomadek ochronnych. Do tego tani. Polecam te błyszczyki, zwłaszcza warto polować na trwającej promocji w Rossmannie. Kupiłam już następną sztukę.

- Wibo, Eye Liner, Czarny, 4 ml - wersja zwykła, niewodoodporna, jeden z moich ulubionych eyelinerów i jest to już kolejne opróżnione przeze mnie opakowanie. U mnie utrzymuje się od rana, aż do demakijażu, nie kruszy się, nie rozmazuje. Jest tani. Ma wygodny, cienki pędzelek. Już kupiłam.

- Max Factor, Masterpiece, Rich Black, 4,5 ml - nie osypuje się, nie rozmazuje, nie skleja rzęs. Dla mnie za mało pogrubia, a właściwie wcale tego nie robi i jest droga. Nie kupię.

Mieliście któryś z tych produktów? Jak się u Was sprawdził?