czwartek, 10 kwietnia 2014

Wyniki rozdania

Witajcie kochani, dziś przyszła pora na ogłoszenie wyników rozdania na moim blogu. Nie spodziewałam się aż tylu zgłoszeń, a jeszcze więcej było losów.


Liczenie losów zajęło mi troszkę czasu, ale w końcu dzięki maszynie losującej udało się wyłonić zwycięzcę, a jest nim


Gratuluję wygranej i czekam na maila z adresem do wysyłki :) Dziękuję wszystkim, którzy zechcieli wziąć udział, zarówno moim dotychczasowym czytelnikom, jak i tym, którzy dołączyli do tego grona w ostatnim czasie. Mam nadzieję, że rozdanie nie było jedynym powodem do odwiedzenia mojego bloga i dodania go do obserwowanych, ale że pozostaniecie ze mną na dłużej i nie znikniecie wraz z ogłoszeniem wyników.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Wibo, WOW Glamour Sand - moje lakiery z efektem brokatowego piasku

Lakiery z efektem brokatowego piasku z Wibo z serii Wow Glamour Sand udało mi się upolować jeszcze podczas listopadowej promocji - 40% w Rossmannie (pokazywałam je TUTAJ) i od tamtego czasu już nie raz malowałam nimi paznokcie, ale jakoś nigdy nie udało mi się zrobić zdjęć i napisać o nich cokolwiek. Firma Wibo wypuściła tę serię na sezon jesienno-zimowy, w który świetnie się wpisują, zarówno w aurę tych miesięcy, jak i w czas karnawału - za sprawą brokatowych drobinek. Sama nie trzymam się ściśle takich podziałów i nawet jeszcze teraz zdarza mi się pomalować nimi paznokcie i postanowiłam w końcu podzielić się swoimi wrażeniami i przemyśleniami na ich temat.  Nr 2, a nawet czasem nr 3 będę nosić na paznokciach także wiosną i latem.

Zacznę od nr 4, który najmniej przypadł mi do gustu i to nie z powodu koloru lecz ze względu na konsystencję. To co odróżnia te lakiery moim zdaniem to właśnie ta cecha. Kolor czarny, któremu firma nadała nr 4 ma bardzo gęstą konsystencję i w związku z tym trudno się go aplikuje. Mój egzemplarz ciągnie się jak guma, toteż zwykle kończyłam na jednej warstwie i tak też jest na zdjęciach.

Wibo, Wow Glamour Sand nr 4 - światło naturalne
Jak to bywa często w drogeriach produkty są otwierane, "macane" i nie wiadomo co jeszcze, więc początkowo podejrzewałam, że z moją buteleczką też tak mogło być. No ale nawet jeśli byłby otwarty wcześniej pięć razy, to przecież nie powinna mieć miejsca sytuacja, gdy produkt praktycznie nie nadaje się do stosowania lub jest to mocno utrudnione. Po to inwestujemy pieniądze (większe lub mniejsze), aby  nam służył długie miesiące, a lakiery powinny być przydatne do użytku nawet przez 2 lata, więc jak by nie było nr 4 ma fatalną konsystencję.

Wibo, Wow Glamour Sand nr 4 - światło sztuczne, z lampą
Nr 3 ma za to idealną formułę, nie jest ani zbyt gęsty, ani zanadto rzadki. Po prostu w sam raz. Nic się nie rozlewa na skórki, ani nie ciągnie. Nr 2, czyli piękna fuksja jest nieco rzadsza od kolegi, ale nadal świetnie się rozprowadza i nie mam do konsystencji obu piasków żadnych zastrzeżeń. Pędzelki w każdej sztuce są jednakowe - dosyć długie, rozszerzane ku dołowi i świetnie się nimi operuje.



Wibo, Wow Glamour Sand nr 3 - światło naturalne

Wibo, Wow Glamour Sand nr 3 - światło sztuczne, z lampą

Wszystkie lakiery szybko wysychają. Trwałość u mnie nie jest jakaś rewelacyjna. Z piaskowych lakierów, których do tej pory używałam, te utrzymują się najkrócej, bo około 3 dni. Ale też muszę przyznać, że akurat trafiły na taki okres, kiedy lakier nie miał szans na dłuższy pobyt na paznokciach. Zmywają się jak większość piasków, czyli dość opornie, ale zmywacz i płatek dają radę.
Wibo, Wow Glamour Sand nr 2 - światło sztuczne, z lampą
Wibo, Wow Glamour Sand nr 2 - światło naturalne
Kolory bardzo przypadły mi do gustu, zwłaszcza nr 3, a ostatnio chętnie sięgam po fuksję o numerze 2, którą uwielbiam. W świetle sztucznym lub przyćmionym objawiają się w całej krasie, kiedy drobinki zaczynają pięknie błyszczeć i efekt bynajmniej nie jest tandetny.
Wibo, Wow Glamour Sand nr 2 - światło sztuczne, z lampą

Lubicie lakiery piaskowe? Co sądzicie o brokatowych piaskach Wow Glamour Sand? Macie któryś lakier z tej serii?

sobota, 5 kwietnia 2014

Ulubieńcy marca

Mamy już za sobą marzec, najwyższa więc pora zrobić małe podsumowanie i napisać kilka słów o kosmetykach, które wywarły na mnie pozytywne wrażenie w minionym miesiącu. Część z wybranych produktów używam od lat lub wielu miesięcy i można powiedzieć, że mają już zapewnione stałe miejsce w mojej kosmetyczce, a niektóre to dla mnie nowości, które towarzyszyły mi przez ostatnie tygodnie (płyn micelarny oraz konturówka). Wśród używanych najczęściej przeze mnie kosmetyków w marcu, wyłowiłam także bubla, którego na koniec dodaję do zestawienia.



Oto moja ścisła piątka ulubieńców marca:


Garnier, Płyn micelarny 3 w 1, Skóra wrażliwa
- jest spełnieniem wszystkiego co lubię w micelach, czyli skutecznie usuwa makijaż, a przy tym nie podrażnia i nie wysusza skóry, działa wręcz nawilżająco i kojąco. Nie zapycha. Jest bezzapachowy. Ma niezwykle konkurencyjną cenę - za 400 ml płaciłam 17,99 zł, a czasem bywa na promocji i jest jeszcze tańszy.


Batiste, Wild, Suchy szampon - kolejny wariant znakomitych suchych szamponów. Ostatnio pod względem zapachu wyjątkowo przypadł mi do gustu, a pod względem działania dorównuje wersjom, o których pisałam wcześniej TUTAJ oraz TU. Odświeża włosy, unosi je u nasady, łatwo go wyczesać z włosów, nie pozostawia białych śladów na około. Fajny produkt do stosowania w awaryjnych sytuacjach.


Wibo, Eliksir 01, Nawilżająca pomadka do ust - z serii Eliksir mam cztery kolory pomadek, ale marzec należał zdecydowanie do tej o numerze 01 w odcieniu różu. 


Uwielbiam ją nie tylko za kolor, ale i za właściwości. Nie przesusza, nie podkreśla suchych skórek, które w ostatnich tygodniach dość często szpeciły moje usta. Sprawia, że wyglądają one na nawilżone. Ściera się równomiernie. Nie jest może zbyt trwała, ale jeśli nie pogarsza stanu ust, to jestem w stanie częściej ponawiać aplikację i nie stanowi to dla mnie problemu. Za tę cenę wybaczam nawet tandetne opakowanie.


Yves Rocher, Konturówka do ust (Bezbarwna) - bardzo przydatny produkt, który można stosować z każdą szminką, bez względu na jej kolor. Zapobiega wędrowaniu pomadki poza kontur ust. W przypadku nałożenia jej na całe usta przedłuża trwałość niektórych szminek oraz niweluje fatalne zachowania tych z gatunku bubli, co to ścierają się nierównomiernie i wchodzą nieestetycznie w załamania. 


Ma postać wykręcanej kredki i fajną konsystencję, nie jest zbyt twarda, dobrze się z nią pracuje i łatwo się rozprowadza. Wadą jest cena regularna (29 zł) i nawet jeśli dorwałam ją w promocji - 40% (ok. 17 zł), to moim zdaniem jest to dużo jak za konturówkę.


Herba Studio, Tisane, Balsam do ust w słoiczku - dla mnie jeden ze stałych ulubieńców, a w marcu szczególnie ochoczo po niego sięgałam, gdyż jak pisałam wcześniej, minione tygodnie były ciężkim czasem dla moich ust. Musiałam walczyć z ich pierzchnięciem oraz z suchymi skórkami. Jedynym skutecznym produktem okazywał się Tisane. Smarowałam nim usta przed pójściem spać i rano budziłam się z "wyleczonymi" ustami, jeśli nie całkowicie, to były w zdecydowanie lepszym stanie. Moja sympatia do Tisane nie narodziła się wraz z pierwszym odkręceniem słoiczka, choć pachnie przyjemnie - miodowo. Początkowo nie rozumiałam tych wszystkich zachwytów, wydawał mi się przeciętnym produktem, aż do pierwszego kryzysu naustnego, kiedy rozprawił się w ciągu jednej nocy ze wszystkimi problemami. Odtąd zużyłam już niejedno opakowanie i kiedy widzę, że dobija denka biegnę po kolejną sztukę. Więcej pisałam o nim TUTAJ

BUBEL


Original Source, Chocolate & Orange, Żel pod prysznic - ze wskazaniem fatalnego kosmetyku, którego nikomu nie polecam nie miałam większego problemu. Jak się okazuje żele z OS różnią się od siebie konsystencją, jedne są płynne, a inne galaretowate. Wersja Chocolate & Orange należy do tej drugiej kategorii, a to niestety znacząco wpływa na komfort używania produktu, który rozbryzguje się na wszystkie strony i nie sposób się nim spokojnie umyć. Zgadzam się z producentem: "Nie zawiera rutyny" i z pewnością nie będziemy używać go według metody, do jakiej przywykliśmy w przypadku żeli pod prysznic. Poza tym nie nawilża, a wręcz może wysuszać skórę. Cena regularna jest wygórowana. Z radością więc wyrzuciłam puste opakowanie po nieszczęsnym produkcie i nie zamierzam do niego wracać. Nadaje się dla osób o mocnych nerwach i dla zagorzałych fanów zapachu delicji pomarańczowych w kosmetykach. [Recenzja]

Podsumowując, można powiedzieć, że marzec upłynął dla mnie pod znakiem kosmetyków naustnych, bowiem to ich najwięcej w zestawieniu. Stało się to za sprawą nowego nabytku z YR, który kupiłam pod sam koniec lutego i póki co bardzo mi odpowiada oraz na skutek problemów z ustami, którym potrzebny był ratunek.

A Wy odkryliście w ostatnim czasie jakieś ciekawe kosmetyki? Znacie te produkty? Co o nich sądzicie?