poniedziałek, 31 marca 2014

Original Source, Żele pod prysznic Chocolate & Orange oraz Mango & Macadamia

Często lubię zmieniać żele pod prysznic, bowiem szybko nudzą mi się zapachy. W mojej łazience gościły zatem już najprzeróżniejsze marki takich produktów, aż w końcu przyszła pora i na Original Source. A że nie lubię przepłacać za kosmetyki myjące skusiła mnie promocja, na której w cenie 9,49 zł można było kupić 2 żele. Żałuję tylko, że wybór wersji zapachowych nie był wówczas zbyt bogaty i spośród 5 czy 6 wariantów zdecydowałam się ostatecznie na Chocolate & Orange oraz Mango & Macadamia.


Pojemność: 250 ml.
Cena regularna: 8,69 zł/szt.
Dostępność: dobra - drogerie (np. Rossmann, Jaśmin, itd.)

Opis producenta:

Skład:
Żel zawiera typowe składniki dla drogeryjnych produktów tego rodzaju, a deklarowane "naturalne ekstrakty" występują dopiero po komponencie Parfum, więc są to śladowe ilości.

Opakowanie:
Plastikowa butelka, którą stawiamy "na głowie", dzięki czemu żel bez problemu można zużyć do samego końca. Zamykanie na "klik" i nie sprawia żadnych problemów.


Moja opinia:

Zapach żelu Chocolate & Orange bardzo przypomina mi delicje pomarańczowe i mimo że nie przepadam za wonią jedzenia w kosmetykach, to tu akurat mi nie przeszkadzała, a wręcz uważam, że jest całkiem przyjemna. Mango & Macadamia ślicznie pachnie i właśnie głównie zapach decyduje o tym, że ten żel przypadł mi do gustu. Plusem jest też intensywność zapachu, która jest dokładnie taka jak powinna być, ani nie drażniąca i dusząca, ani zbyt mdła i delikatna.

Konsystencja Mango & Macadamia jest płynna, rzadka i pewnie najlepiej sprawdzi się w duecie z gąbką, jednak i bez jej użycia można się spokojnie umyć. Oczywiście w przypadku tak lejącej formy żelu może ucierpieć wydajność, ale ostatecznie mogę mu to wybaczyć. Jestem przyzwyczajona do współpracy z rzadkimi żelami.  
Natomiast konsystencja Chocolate & Orange pozostawia wiele do życzenia - jest żelowa, ale nie płynna lecz galaretowata. Kiedy nałożymy żel na dłoń i próbujemy się myć, między palcami przeciekają zbite glutki, które lądują w brodziku. Cała wydobyta ilość rozbryzguje się na wszystkie strony. Najlepiej więc romasować ten żel w dłoni do jednolitej formy i dopiero rozprowadzać na ciele. Nawet wówczas jakaś część się zmarnuje, więc produkt jest niewydajny i trudny w użyciu. Tej wady nie jestem w stanie zaakceptować.


Żele średnio się pienią, ale mnie taka piana wystarcza. Nie przesuszyły mi skóry, ale gdybym nie stosowała żadnego balsamu/masła po kąpieli, to z pewnością by do tego doszło. Nie dostrzegam w nich żadnych właściwości pielęgnujących (nawilżających, wygładzających), ale też nie podrażniają, ani nie uczulają.


Plusy:
- mają ładne zapachy (zwłaszcza Mango & Macadamia),
- intensywność woni,
- nie podrażniają,
- dostępność.

Minusy:
- konsystencja!(zwłaszcza Chocolate & Orange),
- na dłuższą metę mogą przesuszyć skórę (bez używania balsamu),
- wysoka cena w stosunku do jakości.

Żele bardzo przeciętne, zarówno pod względem składu, jak i działania. Regularna cena 8,69 zł wydaje mi się trochę przesadzona. Jeśli spotkam w promocji Mango & Macadamia to chętnie ponownie się skuszę, ewentualnie wypróbuję inne warianty zapachowe, natomiast wersji Chocolate & Orange mówię zdecydowane „NIE!”

Miałyście żele z OS? Co o nich sądzicie? Jaka jest Wasza ulubiona wersja tych żeli? 

niedziela, 30 marca 2014

Pielęgnacja cery podczas kuracji kwasami


Wiosna to równie dobry moment do rozpoczęcia stosowania kwasów, jak jesień. Jesienią miałam dwa zabiegi z kwasem migdałowym o 50% stężeniu w gabinecie kosmetycznym. Następnie, przez 2 i pół miesiąca stosowałam produkty z zawartością kwasu migdałowego z serii Mandelic Acid, firmy Norel, o których pisałam TUTAJ. Z rezultatów działania kwasów byłam bardzo zadowolona i uważam, że kuracja się powiodła. Jak pielęgnowałam skórę w tym okresie i czym się kierowałam opiszę w dalszej części.


Moim zdaniem najlepiej na początku udać się do specjalisty, który dobierze idealny preparat do potrzeb naszej cery i określi ile zabiegów będzie potrzebne. W gabinetach mamy do wyboru cały szerg kwasów, a najpopularniejsze to np. salicylowy, migdałowy, glikolowy, pirogronwy, kojowy, azaleinowy, ferulowy, itd. W aptekach, niektórych drogeriach oraz sklepach internetowych bez problemu możemy znaleźć kosmetyki z tymi substancjami oczywiście w nie tak dużym stężeniu, jakie mają do dyspozycji profesjonaliści, ale i one są w stanie wiele zdziałać.

Na kurację kwasem migdałowym zdecydowałam się przede wszystkim po to, żeby pozbyć się przebarwień pozapalnych. Mam delikatną cerę mieszaną ze skłonnością do rozszerzonych naczynek, którą łatwo podrażnić. Obawiałam się więc czy wystawianie jej na działanie tak mocnych specyfików, jak kwasy nie zrobi jej większej krzywdy.

Zanim przystąpiłam do konkretnych działań przekopałam Internet oraz poradziłam się kosmetyczki, odnośnie pielęgnacji cery w czasie całej kuracji, gdyż nie chciałam popełnić błędów, które zniweczyłyby moje wysiłki zmierzające do poprawy stanu cery. Już nieraz spotkałam się z tym, że wiele osób było rozczarowanych działaniem kwasów, a ich cera reagowała przesuszeniem, podrażnieniem i wysypem nieprzyjaciół. Słowem, efekt przeciwny do zamierzonego. 

Całą pielęgnację oparłam głównie na obserwacji swojej skóry i w zależności od tego, co było jej potrzebne, starałam się dostosować kosmetyki do jej stanu. Trzeba też uzbroić się w cierpliwość, bowiem rezultaty, takie jak rozjaśnienie przebarwień nie są natychmiastowe, pojawiają się po kilku miesiącach. Inne, takie jak wygładzenie cery, wyrównanie kolorytu, itd. możemy zaobserwować znacznie wcześniej.

Jeśli chodzi o kosmetyki, to stosowałam to, co miałam pod ręką. Z racji wrażliwej i skłonnej do przesuszeń cery (zwłaszcza na policzkach), miałam dość sporo delikatnych i porządnie nawilżających produktów pielęgnacyjnych w swojej kosmetyczce. Nie musiałam więc wymieniać wszystkich używanych dotąd preparatów, wręcz przeciwnie - z niektórych zrezygnowałam. Dlatego produkty, które przedstawię poniżę są raczej przykładowe i można z łatwością je zastąpić zupełnie innymi.

Moje zasady były następujące:

  • Kosmetyków z zawartością kwasów nie stosowałam codziennie. Mimo że byłam po dwóch zabiegach z silnym stężeniem kwasu u kosmetyczki, to domową kurację rozpoczęłam ostrożnie. Najpierw używałam toniku żelowego Norel oraz kremu z kwasem migdałowym Norel średnio 2 razy w tygodniu, czyli co 3 - 4 dni, aplikowałam te kosmetyki na oczyszczoną skórę wieczorem. Po ok. 3 tygodniach zaczęłam stosować tenże zestaw tonik + krem co drugi dzień. Jednak jeśli widziałam, że skóra jest mocno wysuszona i w gorszej kondycji, robiłam sobie dłuższe przerwy (np. 3-4 dni). Używanie preparatów z kwasem opierało się na obserwacji tego, co dzieje się ze skórą.

  •  Wybierałam łagodne kosmetyki myjące i pielęgnacyjne.
    Pielęgnacja poranna:
     
  • Przemywałam twarz micelem (najlepszy według mnie jest ten z Bourjois -> recenzja).

Równie dobre są także micele takie, jak: Garnier (płyn micelarny 3 w 1 do skóry wrażliwej), L'oreal Ideal Soft, Bioderma Sensibio H20. Wymieniam te płyny, które się u mnie sprawdziły i nie wyrządziły mi żadnej krzywdy. Nie przesuszają cery, są delikatne, a zarazem skuteczne, nie podrażniają.

  • Potem przyszedł czas na tonik - u mnie był to łagodny produkt Uroda Melisa [recenzja]. Po jego zdenkowaniu, zaczęłam używać nowej wersji ze zmienionym składem, ale nie odczuwałam potrzeby stosowania żadnego produktu do tonizowania. W końcu zrezygnowałam całkowicie z toniku, a mojej cerze to nie zaszkodziło. Czytałam, że kwasy i tak zmieniają ph skóry, więc stosowanie toniku w trakcie kuracji nie jest konieczne. Potwierdza to moje doświadczenie. Można natomiast używać hydrolatów.
  • Wiele osób chwali sobie także działanie wody termalnej, która zazwyczaj w trudnym dla cery okresie również powinna się sprawdzać, nawilżać ją i koić. U mnie niestety woda z Uriage się nie spisała, więc stosowanie jej jako tonik odpuściłam sobie po kilkunastu próbach i wykorzystuję ją do zwilżania twarzy w trakcie "sensów" z maseczkami  glinkowymi.  Znacznie lepiej mi służyła woda termalna z La Roche Posay.
  • Następnie aplikowałam krem z filtrem:
    - na strefę T (broda, nos, czoło) La Roche Posay, Anthelios XL Gel-Creme Toucher Sec SPF 50+ (Żel - krem do twarzy suchy w dotyku) -> recenzja
    - na policzki Avon Sun +, Moisturizing Face Cream SPF 30 - Nawilzający krem ochronny do twarzy SPF 30 -> recenzja.
    Krem z filtrami to konieczność w trakcie stosowania każdego kwasu. Jeśli chodzi o kwas migdałowy, to można go używać przez cały rok (część kwasów ma ograniczenie do okresów małego nasłonecznienia), a filtry muszą zawierać minimum SPF 20.

   
Wieczorna pielęgnacja:

  •  Oczyszczanie twarzy płynem micelarnym.
    Na początku stosowałam też olejek Ziaja Ulga, jednak wydawało mi się, że przesusza moją skórę,więc zrezygnowałam z niego i poprzestałam na micelu, który słuzył też jako tonik.
  • Opcjonalnie można użyć wody termalnej (jeśli daje to jakiś efekt, bo inaczej można pominąć ten krok).
  • Nakładałam kawiorowy krem z perłą Clarena Caviar Cream [recenzja], który dobrze nawilżał i odżywiał skórę, przy tym koił i nie podrażniał. Ważne, żeby krem był łagodzący, delikatny, odżywczy i nawilżający.

  • Gdy widziałam, że cera potrzebuje jeszcze mocniejszego nawilżenia do krem ten mieszałam z olejem tamanu ze sklepu Zrób Sobie Krem. Zdarzało się, że łączyłam też olej tamanu z masłem shea (również z ZSK) zamiast kremu kawiorowego. Olej i masło to świetne nawilżacze.


  • Często sięgałam po maseczki nawilżające i olejki.
    Kiedy czułam, że twarz mnie szczypie i jest bardzo sucha, to wykonywałam demakijaż, robiłam maseczkę glinkową, najczęściej sięgałam po dwie glinki z  Fitokosmetik - Błękitną glinkę Wałdajską [recenzja] lub Białą glinkę Anapską [recenzja].

Biała glinka Anapska 


Błękitna glinka Wałdajska

  • Glinki jednak nie nawilżają, więc po ich zmyciu z twarzy aplikowałam maskę silnie nawilżającą i odżywiającą lub kojącą. Najczęściej była to maska stosowana przez profesjonalistów z firmy Clarena - Przeciwzmarszczkowa maska z DNA i kawiorem, którą można czasem upolować na Allegro.
    Maska ta silnie odżywiała skórę i nawilżała, a także koiła. Trzymałam ją na twarzy ok. 20 - 30 minut. Po zmyciu jej resztek i nakładałam krem z kawiorem również z Clareny lub olej tamanu + masło shea.

Sięgałam też po inne maseczki, głównie saszetkowe (nawilżające i kojące).
Te bardziej odżywcze zabiegi stosowałam w zależności od potrzeb.
  • Kosmetyczka odradziła mi także stosowanie peelingów, więc zrezygnowałam z nich. W zasadzie to logiczne, gdyż kwasy mają za zadanie złuszczanie naskórka. Dodatkowe zdzieranie nie jest już potrzebne. Natomiast z przyjemnością używałam glinek (u mnie wspaniale oczyszczają i wygładzają cerę, więc traktowałam je jako zastępstwo peelingu).
  • Jeśli łuszczy się skóra nie należy jej odrywać, ani w żaden sposób usuwać z twarzy. Mnie się kilka razy zdarzyło, że miałam na całej buzi suche skórki, łuszczącą się skórę jak po opalaniu, ale nic z tym nie robiłam. Przy demakijażu wszystko samo znikało.

Dzięki takiej pielęgnacji cera nie była przesuszona, a delikatne łuszczenie się skóry obserwowałam sporadycznie. To, że skóra nie odchodziła płatami, bynajmniej nie oznacza, że kwasy nie działają, bowiem z upływem czasu pojawiły się coraz większe rezultaty.

Opisałam tutaj zasady, którymi kierowałam się w trakcie kuracji kwasem migdałowym, a wybór kosmetyków jest indywidualny, moje przykłady mogą stanowić jedynie wskazówkę o jakich właściwościach produktów szukać, a czego unikać. Natomiast myślę, że jest kilka ogólnych reguł, których każdy może z powodzeniem się trzymać, a nawet powinno się ich przestrzegać:
1. Kosmetyków z kwasami nie stosujmy codziennie (a najgorzej już 2 razy dziennie), bo skóra może zareagować negatywnie i skutek będzie odwrotny od zamierzonego. (Najlepiej obserwować cerę i stosować to, czego potrzebuje).
2. Do pielęgnacji, demakijażu, stosować możliwie  najłagodniejsze kosmetyki, które będą  koić, a nie dodatkowo podrażniać. Unikać kosmetyków silnie działających, wysuszających czy też podrażniających.
3. Nawilżać cerę - stosować kremy i maseczki silnie nawilżające i odżywcze.
4. Stosować kremy z wysokim filtrem.
5. Nie łączyć kuracji kwasami z retinoidami (unikać wit. A w innych kosmetykach).
6. Absolutnie nie odrywać łuszczącej się skóry.
7. Na koniec dodam jeszcze informację, iż zabiegów z kwasami nie powinny stosować kobiety w ciąży i kobiety karmiące.

Używaliście preparatów z kwasami? Co według Was jest najważniejsze w czasie kuracji? Polecacie jakieś kosmetyki do pielęgnacji w czasie kwaszenia?

wtorek, 25 marca 2014

Norel, Mandelic Acid - zestaw do pielęgnacji domowej z kwasem migdałowym

Swoją przygodę z kwasami zaczęłam od dwóch zabiegów u kosmetyczki, gdzie pierwszy z nich miał miejsce bodaj na początku października. Po dwóch tygodniach odbył się kolejny. Kwasy to chyba jedne z silniej działających substancji, jakie możemy nałożyć na buzię, więc postanowiłam udać się do profesjonalisty, aby ktoś z odpowiednim przygotowaniem doradził mi jaki kwas będzie właściwy dla mojej cery oraz jak pielęgnować skórę po takim zabiegu. Moim celem było przede wszystkim pozbycie się przebarwień pozapalnych. Kosmetyczka uznała, że najbardziej odpowiedni będzie dla mnie kwas migdałowy, a po rozmowie z nią i zebraniu wszystkich informacji o zaaplikowanym preparacie, doszłam do wniosku, że był to produkt firmy Norel. W ofercie tejże firmy znalazłam całą serię MANDELIC ACID do pielęgnacji domowej, opartej na kwasie migdałowym, w skład której wchodzą żel oczyszczający, krem rozjaśniająco-wygłądzający oraz tonik żelowy.


O serii Mandelic Acid, producent na swojej stronie [klik] pisze:
Preparaty z linii Mandelic Acid oparte są na kwasie migdałowym i polihydroksykwasach (PHA). Te unikalne substancje czynne w sposób szybki i widoczny poprawiają kondycję i wygląd skór młodych, tłustych ale również dojrzałych, ze zmarszczkami i przebarwieniami. Dodatkowo zawarte w preparatach wyciągi roślinne, alantoina, pantenol i kwas hialuronowy zapewniają działanie regenerujące, łagodzące i przeciwzapalne.
Preparaty delikatnie złuszczają naskórek, wyrównują jego powierzchnię (rozszerzone pory, bruzdy, zmarszczki) i rozjaśniają koloryt. Regularnie stosowane zapewniają skórze gładkość, „świetlistość” i młody wygląd.

Zdecydowałam się na zakup całego zestawu do pielęgnacji domowej, a więc wszystkich trzech preparatów, które dostępne są w niektórych gabinetach kosmetycznych, w sklepie internetowym  Norel TU oraz w innych sklepach online (hurtowniach kosmetycznych) i właśnie z tej trzeciej opcji ja skorzystałam. Żel oczyszczający oraz tonik - żelowy zawierają 6% kwas migdałowy, krem 4% kwas.

Ceny produktów kształtują się następująco: krem 78 zł, żel 44 zł, tonik 44 zł (razem 166 zł). Kupując cały zestaw zapłacimy mniej, ale u mnie doszły koszty przesyłki, więc w rezultacie łącznie z opłatą kuriera uzbierała się suma 169 zł. Nie są to więc tanie kosmetyki, ale cena jednego zabiegu u kosmetyczki (oczywiście o znacznie silniejszym stężeniu) jest porównywalna z kosztem całego zestawu, który wystarczy na długą kurację.

Opakowania:

Żel i tonik umieszczone są w plastikowych, półprzezroczystych butelkach z zamknięciem typu "klik". Otwory według mnie są odpowiednie dla produktów o takiej konsystencji i zapewniają bezproblemowe wydobycie kosmetyku bez rozlewania się.
Krem znajduje się w odkręcanym słoiczku. Pod wieczkiem zamiast folii znajduje się plastikowa nakładka, którą wystarczy pociągnąć za wypustkę, aby mieć dostęp do zawartości.
Szata graficzna jest bardzo przejrzysta i estetyczna. Niestety po jakimś czasie napisy zaczynają się ścierać.



Mandelic Acid - Żel oczyszczający z kwasem migdałowym



Pojemność:
200 ml.

Opis producenta:



Skład:

Konsystencja i zapach:
Konsystencja bezbarwnego żelu, który po nałożeniu zwilżoną dłonią, tworzy delikatną pianę na skórze. Całość należy potem zmyć letnią wodą. Ma bardzo delikatny, niemal niewyczuwalny chemiczny zapach, ja jeszcze doszukuję się subtelnej nutki kwiatowej.

Moja opinia:
Kosmetyków z zestawu zaczęłam używać w połowie listopada, a pod koniec stycznia zrobiłam sobie przerwę od kwasu migdałowego. Zatem cała domowa kuracja trwała dwa i pół miesiąca, a w ostatnich dniach ją wznowiłam.

Po żel oczyszczający sięgałam najrzadziej z całego zestawu, zwykle raz w tygodniu po wieczornym demakijażu, Zdarzało się czasem, że ta przerwa była nawet dłuższa. Postępowałam tak dlatego, że działanie wszystkich trzech preparatów wydawało mi się dość mocne. Przy częstszym stosowaniu trio, na drugi dzień odczuwałam przesuszenie skóry oraz szczypanie policzków (na skutek suchości), a makijaż się warzył. Pojawiały się również suche skórki.

Dochodzi w tym miejscu do paradoksu, bowiem w ogólnym rozrachunku te kosmetyki nawilżają skórę, a jednocześnie po ich użyciu odczuwamy wysuszenie, które według mnie stanowi efekt uboczny złuszczania naskórka.

Żel oczyszcza i odświeża skórę, bezpośrednio po jego zastosowaniu nie odczuwamy żadnego ściągnięcia, suchości skóry czy też szczypania. Sięgałam po niego, kiedy chciałam zafundować skórze silniejszą dawkę złuszczania, lepiej ją oczyścić, kiedy widziałam, że zaczynają pojawiać się wypryski lub wyczuwałam pod skórą grudki. Żel łagodził takie zmiany, oczywiście nie znikały natychmiast, ale rano były już mniejsze i nie tak bardzo rozognione. Te, które dopiero zaczynały się ujawniać, jakby się gdzieś wchłonęły. Zgadzam się z producentem, że "odtłuszcza" skórę i usuwa nadmiar sebum.

Jeszcze chyba nigdy nie miałam tak wydajnego kosmetyku, po kilkunastu użyciach w ogóle nie widać, żeby cokolwiek ubyło w buteleczce. Trochę nawet się obawiam, że nie zdążę wykorzystać go w całości przed upływem daty ważności (wrzesień 2015).

Tonik żelowy z kwasem migdałowym


  Pojemność: 200 ml.

Opis producenta:


Skład:


Konsystencja i zapach:
Tonik żelowy ma nietypową formę, jak na tego typu produkt, bowiem nie jest wodnisty lecz ma postać płynnego bezbarwnego żelu, który szybko się wchłania. Zapach jest chemiczny, wyczuwalny. Dla mnie obojętny, ani mnie nie zachwyca, ani też nie drażni.

Krem rozjaśniająco - wygładzający z kwasem migdałowym


Pojemność: 50 ml.

Opis producenta:


Skład: 

Konsystencja i zapach:

Konsystencja lekkiego kremu, który szybko się wchłania. Zapach bardzo podobny do toniku z tej samej serii.

Moja opinia:
Z działania kremu rozjaśniająco - wygładzającego oraz toniku żelowego jestem niezwykle zadowolona. Aplikowałam je za każdym razem jednocześnie, więc nie sposób rozgraniczyć roli, jaką odegrał każdy z tych kosmetyków z osobna, dlatego mogę jedynie zamieścić wspólną recenzję.

Jak wcześniej wspominałam, moją domową kurację kosmetykami z kwasem migdałowym poprzedziły dwa zabiegi z tymże kwasem w gabinecie kosmetycznym o wysokim, bo 50% stężeniu, na który moja skóra zareagowała bardzo pozytywnie. Niemniej jednak do aplikacji preparatów z serii Mandelic Acid podeszłam ostrożnie. Początkowo używałam toniku oraz kremu mniej więcej dwa razy w tygodniu, czyli co ok. 3 - 4 dni. Aplikowałam je zawsze wieczorem na oczyszczoną skórę. Po upływie ok. 3 tygodni, zwiększyłam częstotliwość stosowania produktów i sięgałam po nie co drugi dzień. Jeśli skóra była mocno wysuszona i w gorszej kondycji, robiłam sobie ponownie dłuższe przerwy (np. 3 - 4 dni).

Podobnie, jak w przypadku żelu oczyszczającego, także tutaj miał miejsce wspomniany paradoks. Tzn. skóra sama w sobie ogólnie była lepiej nawilżona, ale jednocześnie czasem zdarzało się szczypanie policzków (głównie suchej u mnie skóry w tym miejscu) i buzia domagała się maseczki lub kremu porządnie nawilżającego. (O pielęgnacji cery napiszę więcej w następnym poście). Nie odnotowałam natomiast mocnego łuszczenia się skóry, nie przypominałam liniejącej jaszczurki, skóra nie schodziła mi płatami, a suche skórki pojawiały się sporadycznie na kolejny dzień po aplikacji kremu i toniku, przeważnie na brodzie i w okolicy nosa (skóra tłusta). Jedynie gdy dodatkowo użyłam także żelu obserwowałam więcej suchych skórek na całej twarzy (podobnie jak po zabiegach u kosmetyczki, na 3 dzień skóra była cała w suchych skórkach). Brak ciągłych i widocznych objawów intensywnego złuszczania nie oznaczał bynajmniej, że preparaty nie działają, bowiem widoczne rezultaty pojawiły się już po paru zastosowaniach, a na niektóre musiałam poczekać kilka tygodni.

Kosmetyki spowodowały wygładzenie faktury skóry, nawilżały ją - pojawiające się w okresach przesuszenia/odwodnienia skóry, zmarszczki między brwiami oraz na czole "znikły". Moja cienka skóra stała się bardziej "mięsista", jakby pogrubiona. Zmniejszyła się liczba zaskórników, a pory zostały zwężone. Produkty spowodowały wyrównanie kolorytu cery, "rozjaśnienie" jej (mam na myśli odświeżenie, a nie zmianę koloru cery na jaśniejszy). Buzia wygląda na młodszą i gładszą.
Na brodzie miałam mnóstwo przebarwień pozapalnych, pamiątki po wypryskach w postaci bordowych kropek i właśnie do ich zwalczenia zaprzęgnęłam kosmetyki Norel Dr Wilsz. Muszę przyznać, że spisały się znakomicie - rozjaśniły uparte przebarwienia i po ok. 2 miesiącach wszystkie, niegdyś mocno wyraźne plamy niemal zniknęły całkowicie.

Produkty miały także swój udział w zapobieganiu i zwalczaniu wyprysków. Kiedy coś zaczynało się dziać w podatnej na zapychanie i trądzik skórze mojej brody, pomagały pozbyć się niechcianych gości. Przyspieszały regenerację skóry i łagodziły zmiany zapalne, które rano były mniejsze. Przyspieszały więc gojenie się, podobnie jak w przypadku używania żelu, ponieważ niekiedy "leczyłam" wypryski tylko tonikiem i kremem. Nie sposób nie dodać, że nie pojawiały się tak często, jak wcześniej. Właściwie w czasie tych 2,5 miesiąca kuracji wypryski ukazywały się sporadycznie (2 razy wyskoczyły mi 3 jednocześnie, i raz czy dwa pojedyncze pryszcze). Zatem kosmetyki pomogły mi utrzymać kapryśną skórę w ryzach i zdecydowanie ukróciły występowanie trądziku. Przez większość czasu mogłam cieszyć się gładką cerą, co w ostatnich latach rzadko się zdarzało. Zwykle na mojej buzi (tłustej brodzie) gościł choćby jeden czy 2 wypryski, niekiedy było ich więcej. Długo się goiły, często wychodziły podskórne bolące gule, a okresy cery bez wyprysku trwały najwyżej kilka dni. Często moja broda przypominała istne pobojowisko. Teraz udało mi się ogarnąć w końcu skórę na brodzie ( oraz na czole przy granicy z włosami w okolicy brwi i nosa) i rzadko mam do czynienia z wypryskami.

W tym miejscu warto też wspomnieć, że u mnie nie wystąpił żaden wysyp spowodowany oczyszczaniem się skóry, jak to ma miejsce na początku stosowania preparatów mających na celu łagodzenie zmian trądzikowych. Było odwrotnie - miałam zapisaną wizytę u kosmetyczki, a na buzi (broda i czoło) pojawiła się rzesza wyprysków, w gabinecie okazało się, że one nie są przeszkodą do zabiegu, który pomoże "podleczyć" te zmiany i tak też się stało.

Preparaty z serii Mandelic Acid nie podrażniły mojej cery, nie wystąpiło także żadne uczulenie. Bezpośrednio po aplikacji tych preparatów buzia mnie nie piekła, nie szczypała, nie była rozogniona. Dla mnie duże znaczenie ma także fakt, że kosmetyki służące usuwaniu przebarwień, złuszczające oraz wspomagające walkę z wypryskami są bezpieczne dla cery naczynkowej. Producent na opakowaniu kremu obiecuje, że "regularnie stosowany zmniejsza rumień i teleangiektazje (poszerzone naczynka krwionośne)". Na mojej cerze ta obietnica została spełniona - rumień praktycznie był niewidoczny, a naczynka (teleangiektazje) były jaśniejsze i mniej widoczne. Skóra wyglądała znacznie lepiej. Ten efekt utrzymywał się na skórze jeszcze przez ok. 4 tygodnie od zakończenia stosowania preparatów. Potem rumień i naczynka powróciły do stanu sprzed kuracji.



Niezwykła wydajność to cecha wszystkich kosmetyków z linii Mandelic Acid, w butelce toniku zużycie nie sięgnęło nawet 1 cm od wieczka, a kremu także niewiele ubyło, chociaż po nim widać największy ubytek (ale nadal nieznaczny - jak na zdjęciu). Z jednej strony taka wydajność cieszy, ale może też martwić, że w końcu trzeba będzie wyrzucić część produktu, kiedy skończy się okres przydatności do użycia. Jednak produkty z kwasem migdałowym można stosować cały rok, także latem. Należy tylko pamiętać, aby na dzień aplikować krem z filtrem przeciwsłonecznym z minimum SPF 20 (cały rok). Producent zaleca także używanie ich nie tylko na twarz, ale również na szyję oraz dekolt i właśnie po wznowieniu kuracji mam zamiar nakładać je również na ten obszar.


Plusy produktów z zestawu (zwłaszcza toniku oraz kremu):
- usuwają przebarwienia,
- pomagają leczyć stany zapalne,
- działają łagodząco i kojąco,
- zapobiegają powstawaniu wyprysków,
- pomagają zwalczyć zaskórniki,
- zwężają pory,
- wygładzają skórę,
- nawilżają,
- niwelują rumień,
- zmniejszają widoczność naczynek,
- nie podrażniają,
- nie uczulają,
- są wydajne.

Minusy:
- dostępność,
- ścierające się napisy z opakowań.

Do minusów można by zaliczyć także uczucie szczypania buzi (na skutek przesuszenia) czy też łuszczenie się skóry, ale jest to wpisane w skutki uboczne zabiegów czy też produktów z zawartością tego typu substancji.

Cena także może stanowić negatyw, ale myślę, że biorąc pod uwagę wszystkie korzyści, jakie przyniosły mojej cerze te kosmetyki oraz ich wydajność, to koszt całego zestawu wcale nie jest aż tak wysoki. Dla mnie są warte każdej złotówki. Oczywiście na rynku znajdziemy różnego rodzaju kremy i toniki tańsze od tych z firmy Norel, jak choćby dobrze znane Pharmaceris, których zakup sama rozważałam. Jednak obawiałam się, że mogą okazać się zbyt agresywne i ostatecznie uznałam, że przy mojej mieszanej (w kierunku suchej) i naczynkowej cerze lepiej sprawdzi się zestaw Norel i nie zawiodłam się.

W zauważalny sposób produkty firmy Norel poprawiły stan mojej cery, usunęły trudne do zwalczenia przebarwienia, ograniczyły pojawianie się wyprysków. Oczywiście zabiegi kwasami czy kosmetyki z ich zawartością w niższym stężeniu nie zdziałają cudów na miarę Photoshopa, nie dadzą nam "nowiutkiej" skóry, odmłodzonej o 20 lat, ale znacznie wpłyną na poprawę jej stanu, pomogą zapanować nad problemami ją nękającymi (trądzik, naczynka, przebarwienia) i są wspaniałym orężem w walce o lepszą cerę. Również nie wszystkie efekty są trwałe - na pewno usunięcie starych przebarwień owszem, ale jeśli chodzi o rumień, wygładzenie czy nawilżenie, to po kilku tygodniach od zaprzestania ich stosowania, cera może wrócić do punktu wyjścia.

I jeszcze na zakończenie tej jakże długaśnej (znowu!) recenzji dwa słowa odnośnie moich intencji co do opublikowania tego posta. Moim zamiarem nie była reklama czy zachęcanie kogokolwiek do bezwarunkowego zakupu opisanych kosmetyków(jak zawsze zresztą). Mimo że stężenie kwasu w tych preparatach nie jest wysokie, to radziłabym ostrożność w doborze kosmetyków pielęgnacyjnych. Osobiście uważam, że w kwestii kwasów dobrze jest najpierw skonsultować się ze specjalistą (dermatologiem/kosmetyczką) i sama też tak uczyniłam. Po przetestowaniu tych produktów chciałam się podzielić opinią, jak się u mnie spisały, bowiem mogą stanowić alternatywę dla osób z podobnym typem cery oraz dla tych, którzy są zdecydowani na kurację kwasem migdałowym.

Zobacz również post o pielęgnacji cery podczas kuracji kwasami (klik).

Używacie preparatów z kwasami? Jaki kwas się u Was najlepiej sprawdził?

czwartek, 20 marca 2014

Barwa naturalna, Len & Vitamin Complex LA, Szampon do włosów suchych i łamliwych



Szampony z Barwy znane są chyba większości bloggerek, a już z pewnością słyszała o nich każda włosomaniaczka. Świetnie nadają się jako szampony oczyszczające, są tanie jak barszcz i można je dostać nawet  w supermarketach. Sama się nimi zainteresowałam, ponieważ dotychczas znakomicie się u mnie sprawdzały oczyszczające szampony ziołowe z SLES- em.


Pojemność: 250 ml.
Cena: ok. 4 zł.
Dostępność: mniejsze drogerie, supermarkety (np. Lewiatan).

Opis producenta:



Skład:

 Opakowanie:
Plastikowa, przezroczysta butelka z zakrętką. Otwór jest ogromny, dlatego trzeba uważać, aby nie wylać szamponu w nadmiernej ilości.


 Konsystencja i zapach:
Płynna, raczej rzadka ciecz koloru niebieskiego. Zapach nie jest ziołowy, ani też zbyt intensywny. Nie utrzymuje się długo na włosach. Najbardziej przypomina mi świeże jabłka.

Moja opinia:
Po przeczytaniu składu, podeszłam do tego szamponu z dużym zaufaniem, gdyż zwykle z powodzeniem stosowałam podobne produkty z innych firm. Szampon z pewnością wywiązuje się świetnie z zadnia oczyszczenia włosów. Zmywa także oleje. Nie podrażnił mi skóry głowy, nie wystąpiło swędzenie, ani łupież.  Nie powoduje szybszego przetłuszczania się, wręcz przeciwnie, mogłam nadal myć włosy co drugi dzień, a nawet na trzeci wyglądały jeszcze w miarę przyzwoicie. Po jego zastosowaniu włosy były lśniące. Nie obciążył ich, nie były przyklapnięte, ale też nie dodaje objętości. Natomiast powodował większe lub mniejsze puszenie się włosów. Wielokrotnie z rzędu stosowałam sam szampon bez żadnych odżywek, masek, czy olejów, dlatego jestem pewna efektów jego działania. Wzmocnienia włosów nie zauważyłam, jednak moje włosy są w nie najgorszym stanie, nie są też szczególnie łamliwe. Wątpię jednak, żeby sam szampon coś zdziałał w tej materii. Może jedynie pośrednio, poprzez fakt, że nie przesusza włosów.


Plusy:
- dobrze oczyszcza,
- zmywa oleje,
- odświeża włosy (nie przetłuszczają się po nim zbyt szybko),
- nie podrażnia skóry głowy,
- nie obciąża,
- niska cena,
- wydajność.

Minusy:
- powoduje puszenie się włosów,
- zbyt duży otwór w butelce.


Za taką cenę produkt spisuje się bardzo dobrze, jednak więcej go nie kupię, ponieważ nie znoszę, kiedy moje włosy się puszą,  a tak było po każdym użyciu (czasem minimalnie, a niekiedy bardzo). Na pewno ma na to wpływ wiele czynników, jak choćby wilgotność powietrza, ale w zasadzie u mnie się to nie zdarzało po użyciu szamponu Joanna Naturia [recenzja] lub Farmona [recenzja].

Używaliście szamponów z Barwy? Jaki jest Wasz ulubiony szampon?

niedziela, 16 marca 2014

BioDermic Dermocosmetics, Krem na noc oraz serum intensywnie liftingujące z ekstraktem z kawioru

Serum intensywnie liftingujące z ekstraktem z kawioru oraz krem na noc otrzymałam już jakiś czas temu do testów od firmy BioDermic Dermocosmetics. Postanowiłam, że recenzję obu tych kosmetyków zamieszczę w jednym poście, ponieważ używałam ich jednocześnie, tzn. krem stosowałam raz dziennie (wieczorem), a serum dwa razy dziennie (rano i wieczorem). Oba pochodzą z tej samej serii z ekstraktem z kawioru Lift formuła. 


W serii kawiorowej znajdziemy krem kawiorowy na dzień, krem kawiorowy na noc, krem kawiorowy pod oczy i na powieki, serum intensywnie liftingujące. Kosmetyki z Caviar Extract Series zawierają, takie składniki, jak:


Wybrałam do testów krem na noc, ponieważ na dzień zazwyczaj stosuję kremy z wysokim filtrem i aplikuję je na oczyszczoną twarz. Odżywianie i nawilżanie cery zostawiam sobie na wieczór, wówczas stosuję peelingi, maseczki oraz odżywcze kremy z aktywnymi składnikami, które mają szansę wykazać się w nocy. Mam suchą skórę i sporo wymagam od kremu na noc, zatem produkt z BioDermic miał wysoko postawioną poprzeczkę. Kremu i serum używałam przez pięć tygodni, aplikując go na policzki (cera sucha, czasem bardzo sucha), czoło (normalna ze skłonnością do przesuszenia), nos (wydziela sporo sebum, lubi się świecić, wypryski pojawiają się sporadycznie). Pomijając kilka dni na początku testów, nie nakładałam tych kosmetyków na brodę, która także ma skłonności do świecenia się, ale mniejsze niż nos, natomiast jest to obszar najbardziej podatny na zapychanie i pojawiają się tutaj wypryski.

Opakowania:

Oba kosmetyki znajdują się w czarnych plastikowych tubkach z zamykaniem typu "klik". Dodatkowo zapakowane są w kartonowe pudełka, na których znajdziemy informacje o składzie oraz działaniu. Muszę przyznać, że kartoniki są bardzo estetyczne, żeby nie powiedzieć luksusowe, nie tylko ze względu na dominujące złote i czarne barwy, ale także ze względu na mały akcent, który ukazuje się po podniesieniu wieczka, a jest to jeszcze jedno "wieczko" z napisem "Dedykowane pięknu". Niby drobiazg, ale muszę przyznać, że przyjemnie się otwiera taki kosmetyk. Miło także, że do tej pory nie starły się napisy z tubek.



Krem na noc z ekstraktem z kawioru - Caviar Extract Series Lift Formuła



Pojemność: 50 ml.
Cena: 24,99 zł.
Dostępność: sklep internetowy BioDermic.

Opis producenta:


Skład:


Moja opinia:
Konsystencja jest kremowa, treściwa, ale kosmetyk dobrze się rozprowadza i dość szybko wchłania. Produkt ma kremowo-żółty kolor i nienachalny, dosyć przyjemny zapach.


Krem odpowiednio nawilża i odżywia skórę, która staje się miękka i elastyczna. Kiedy na czole oraz w okolicy brwi pojawiają się u mnie "zmarszczki", to znak, że kosmetyki pielęgnacyjne nie nawilżają i nie odżywiają dostatecznie mojej skóry, ten krem sprostał temu zadaniu i nie widziałam rzeczonych zmarszczek w trakcie jego stosowania. Nie odczuwałam także szczypania czy ściągnięcia skóry na skutek przesuszenia. Nie będę porównywać go z z kremem z Clareny [receznja], ponieważ nie wiem czy poradziłby sobie z wymaganiami cery w czasie kuracji kwasami tak jak kolega, gdyż zawiesiłam ją na kilka tygodni, żeby dać skórze trochę odpocząć od kwasów.

W spłycenie zmarszczek nie wierzę i tutaj poza wspomnianym czołem, to zaczynają mi się pojawiać bruzdy od nosa w kierunku ust, więc z nimi niewiele zrobił (ani ich nie "wyprasował", ani się nie pogłębiły).

Krem kawiorowy z BioDermic nie spowodował u mnie żadnego pieczenia, uczulenia, ani podrażnienia. Nie odnotowałam pojawienia się nawet jednego wyprysku w obszarze na jaki go aplikowałam, a czasem zdarzają mi się takie niespodzianki na nosie, koło uszu i na czole (na policzkach raz na kilka lat), więc mnie nie zapchał. Jednak pomijałam brodę, gdyż wydawał mi się zbyt treściwy jak na ten obszar (może to już moja lekka paranoja).

Mojej cerze bardzo trudno dogodzić jeśli chodzi o kremy do twarzy, często przy niedostatecznie dobrym kosmetyku staje się przesuszona, "zmęczona", szara. Krem kawiorowy sprostał jej wymaganiom i utrzymywał ją w odpowiednim stanie. Nie zaszkodził jej też w żaden sposób. Satysfakcjonuje mnie jego działanie i uważam, że w stosunku do jego właściwości cena nie jest wygórowana, wręcz przeciwnie, czasem inwestowałam w kremy do twarzy spore pieniądze, a nie były nawet w połowie tak dobre, jak ten.


Plusy:
- odżywia,
- dobrze nawilża,
- sprawia, że skóra jest miękka i elastyczna,
- nie podrażnia,
- nadaje się do cery naczynkowej,
- nie uczula,
- nie zapycha,
- dobrze się rozprowadza i dość szybko wchłania,
- cena do przełknięcia.

Minusy:
- dostępność.


Serum intensywnie liftingujące z ekstraktem z kawioru - Caviar Extract Series Lift Formuła


Pojemność: 50 ml.
Cena: 29,99 zł.
Dostępność: sklep internetowy BioDermic.

Opis producenta:



Skład:

Moja opinia:
Serum ma formę przezroczystego i śliskiego żelu, który bardzo łatwo się rozprowadza. Niestety w przypadku takiej konsystencji opakowanie (tubka) nie jest trafione. Lepsza byłaby moim zdaniem pompka, ponieważ po otwarciu tubki, zwłaszcza przez pierwszy tydzień stosowania, produkt zwyczajnie sam "wyskakiwał" z pojemnika, co może skutkować pobrudzeniem, a także wpływa na wydajność produktu, gdyż ta ilość była zbyt duża na jedną aplikację. W kolejnych tygodniach było już lepiej, ale sporadycznie zdarzały się podobne incydenty albo po otwarciu, alby przy próbie dozowania.

Wydajność i tak oceniam na plus, bowiem wystarczy go naprawdę odrobinka na każdą pojedynczą aplikację, a przy używaniu dwa razy dziennie przez ponad pięć tygodni zostało go jeszcze w opakowaniu na tydzień - dwa. Czarna plastikowa tubka uniemożliwia ocenę poziomu zużycia i nawet pod światło nic nie widać. Jedynie po "lekkości" pojemnika i po wstrząśnięciu nim można zyskać przybliżoną orientację.

Serum ma delikatny zapach, który nie drażni i jest przyjemny. Po rozprowadzeniu błyskawicznie się wchłania, nie pozostawiając żadnego filmu. Rano zwykle bardzo się śpieszę i każda sekunda jest cenna, zatem nie nakładam już żadnego kremu na dzień, ani innych kosmetyków pielęgnacyjnych, które wymagają odczekania, aż się wchłoną. Użycia serum nie pominęłam ani razu od momentu pierwszego otwarcia, gdyż zaraz po jego zastosowaniu, mogłam nałożyć kolejne produkty i zrobić makijaż.

Używałam go na całą twarz z pominięciem brody (na ten obszar rozprowadzałam serum Auriga Flavo-C) i nie spowodowało żadnego uczulenia, podrażnienia, ani pojawienia się jakiegokolwiek wyprysku.




Skóra po aplikacji serum wygląda lepiej. Jest aksamitnie gładka, napięta, jakby bardziej "zbita", jędrna i elastyczna, odzyskuje świeżość. W moim odczuciu kosmetyk także nawilża skórę. Stosowałam go wieczorem na oczyszczoną skórę przed użyciem kremu na noc z BioDermic, a rano przed aplikacją kremu z filtrem. Nawet kiedy używałam suchego kremo-żelu z La Roche-Posay, Anthelios XL [recenzja], który powodował szczypanie policzków, to serum nawilżało na tyle moją suchą skórę, że obyło się bez takich nieprzyjemnych doznań.

Bardzo polubiłam ten produkt także za to, że nie "kłócił się" z innymi kosmetykami nakładanymi po jego wchłonięciu się - kremy z filtrem, podkłady płynne i mineralne. Nic się nie rolowało, ani nie warzyło, makijaż nie przypominał "ciastka"/biszkopta.

Z przyjemnością używałam serum z ekstraktem z kawioru i jak wykończę opakowanie oraz kilka podobnych kosmetyków, które mam w zapasie chętnie zaopatrzę się w następną tubkę. Szczególnie przypadło mi do gustu jego działanie na moją cerę, natychmiastowe wchłanianie się oraz "współpraca" z innymi kosmetykami pielęgnacyjnymi i kolorowymi. Dzięki swoim właściwościom znalazło się też w ulubieńcach lutego, których prezentowałam TUTAJ.



Plusy:
- wygładza,
- skóra staje się elastyczna,
- napina,
- nawilża,
- nadaje świeżości cerze,
- bardzo szybko się wchłania,
- nie "kłóci się" z innymi kosmetykami kolorowymi i pielęgnacyjnymi,
- nie pozostawia filmu na skórze,
- nie zapycha, 
- nie podrażnia,
- nie uczula.

Minusy:
- opakowanie niedostosowane do konsystencji,
- dostępność.