czwartek, 31 października 2013

Mixa, Lipidowy krem do rąk

Kilka miesięcy temu pojawiły się w drogeriach Rossmann kosmetyki Mixa, firmy należącej do koncernu L'Oréal. Ich produkty przede wszystkim mają być odpowiedzią na potrzeby skóry wrażliwej. Przyjrzałam się im z bliska, ale nie skusiłam się tak od razu. Pod koniec sierpnia jednak zauważyłam promocję na tę markę, a dodatkowym plusem było wystawienie testerów kremów,  z czym na co dzień nie spotykamy się w takich drogeriach jak Rossmann, Natura, itd. A dzięki temu można się przekonać jaka jest konsystencja, zapach, a nawet wchłanianie się kosmetyku. Kupiłam wówczas krem do twarzy oraz krem do rąk obiecujący regenerację. Muszę przyznać, że moje dłonie nie były w najlepszej formie - przesuszone, potrzebujące nawilżenia i regeneracji. Często zdarza mi się o nich zapominać i nie zawsze zakładam rękawiczki do mycia naczyń, czy do porządków domowych, mycia okien, itd. Nie jestem zadowolona ze stanu moich rąk. Zużyłam już mnóstwo kremów w nadziei, że któryś mi pomoże, ale praktycznie nie widać było efektów.



Pojemność: 100 ml.
Cena: ok. 11,50 zł - 14,49 zł.

Opis producenta:


Skład:


30 % gliceryny - nie każdemu może się podobać.  Wokół tego składnika zrobiło się głośno. Z tego, co kiedyś dowiedziałam się, głównie z Internetu zdania co do gliceryny są podzielone. W zależności od warunków i stężenia może pomagać skórze lub wręcz odwrotnie, szkodzić. Jeśli jej stężenie wynosi 3% - 25%, a wilgotność powietrza jest wysoka, to nawilża naskórek. Jeżeli powietrze jest suche (np. zimą, gdy kaloryfery grzeją pełną parą), a jej stężenie wynosi od 30% wzwyż to będzie powodować odwodnienie naskórka, pierzchnięcie dłoni, itd. Ciekawym faktem jest to, że większość kremów do rąk (często tych zalecanych na zimę) zawiera glicerynę bardzo wysoko w składzie, przeważnie na drugim miejscu, ponieważ może zabezpieczać przed mrozem ( z drugiej strony przy nazbyt niskiej temperaturze może ponoć wysuszać). Podobnie jest z kremem lipidowym Mixa, który według producenta jest "Idealny na zimę".
Sama nie jestem chemiczką, a jako zwykły konsument uważam, że jeśli gliceryna nie jest substancją zagrażającą zdrowiu, to nie przeszkadza mi jej obecność w kosmetykach. Jeżeli faktycznie zauważę, że coś niedobrego dzieję się z moja skórą podczas mrozów czy w innych warunkach środowiska, to po prostu zaprzestanę stosowania danego kosmetyku w tym czasie. Natomiast nie będę sobie odmawiała skorzystania z jej dobroczynnych właściwości i wypowiadała wojny kosmetykom z jej zawartością. 

Kremu używałam we wrześniu i w październiku, mogę powiedzieć, że ani razu nie odczułam negatywnego wpływu gliceryny na moje dłonie. Wręcz przeciwnie, odniosłam wrażenie, że są dobrze zabezpieczone przed czynnikami zewnętrznymi. Nie wiem jak krem będzie się zachowywał w zimowe miesiące, jednak kupiłam kolejne opakowanie, więc będę miała okazję zaobserwować czy coś się zmieni i jeżeli będą to negatywne obserwacje, to zaktualizuję tę recenzję.



Krem znajduje się w plastikowej tubce, zamykanie ma typowe dla kremów do rąk na klik. Można postawić go na korku. Dobrze jest rozciąć opakowanie, gdy już nic nie można wydobyc z tubki, gdyż okazuje się, że wewnątrz znajduje się jeszcze sporo produktu.


Konsystencja kremowa, kosmetyk dobrze się rozsmarowuje. Ma delikatny, dosyć przyjemny zapach.
Po nałożeniu kremu wyczuwalna jest na dłoniach warstwa, dla mnie jest to charakterystyczne w przypadku kremów z zawartością gliceryny. Na początku stosowania było to wręcz nachalne uczucie, ale po kilku aplikacjach przyzwyczaiłam się i teraz zupełnie mi to nie przeszkadza. Po wmasowaniu kremu można przystąpić do normalnych czynności, z tym że warstwa nawet po kilkunastu minutach jest nadal wyczuwalna. Kremu nie trzeba nakładać w dużych ilościach, jest też wydajny.
W czasie jego stosowania nie odczuwałam ściągnięcia i przesuszenia skóry, wręcz przeciwnie, przynosi ulgę wysuszonym dłoniom. Nawilża je, skóra jest aksamitna w dotyku. Odrobinę wygładza dłonie, jednak nie jest to spektakularny efekt. Regeneruje  i pielęgnuje skórę rąk. Na pewno moje dłonie już nie wrócą do stanu sprzed 10 lat, ale zauważyłam, ze są w dużo lepszej kondycji.


Plusy:
- nawilża,
- pielęgnuje dłonie,
- dobrze zabezpiecza dłonie przed czynnikami środowiska,
- jest wydajny,
- bez parabenów,
- dostępność,
- trochę wygładza,
- regeneruje.

Minusy:
- pozostawia na skórze "glicerynowy" film.

Plus/minus:
- zawiera glicerynę w wysokim stężeniu.

Krem pomimo minusów uważam, za udany kosmetyk, bowiem przez wiele lat testowania kilkudziesięciu kremów do rąk z przeróżnych firm nie zauważyłam poprawy stanu dłoni. Natomiast w tym przypadku widać pozytywne efekty. Jeśli ktoś ma dłonie utrzymane w dobrym stanie, to mogą denerwować niektóre jego właściwości. Natomiast jeśli ktoś potrzebuje nawilżenia i regeneracji, to może okazać się dobrym wyborem. Zaopatrzyłam się już w kolejne opakowanie, jeśli w innych warunkach środowiska, zacznie ujawniać się negatywny wpływ gliceryny, to go odstawię i zastąpię innym kosmetykiem, a wrócę do niego wiosną.

Używaliście kosmetyków Mixa? Jakie są Wasze ulubione kremy do rąk? Znacie dobre, regenerujące i nawilżające kremy do rąk? Przeszkadza Wam obecność gliceryny w składzie?

niedziela, 27 października 2013

Maska algowa peel-off z acerolą i witaminą C

Maski algowe stosuję od dawna i bardzo lubię, używałam już przeróżnych wariantów, m.in. rewitalizującej, z kwasem hialuronowym, wybielającej przebarwienia, cynkowej, maski algowej peel off pod oczy, o której pisałam niedawno TUTAJ i kilku innych. Wśród masek do twarzy, w grupie moich faworytek jest maska algowa peel - off z acerolą i witaminą C, której  recenzję przedstawiam w ramach akcji Październik miesiącem maseczek.


Maskę można zakupić w sklepie internetowym e-naturalne. Prezentowałam ją kilka miesięcy temu w poście zakupowym TU.
Cena: 9,80 zł
Pojemność: 30 g.
Dostępne są też inne pojemności: 90 g (24,30 zł), 200 g (48,60 zł), 500 g (102,90 zł). Najmniejsza pojemność, wystarcza na wiele aplikacji i myślę, że na początek najlepiej wybrać tylko 30 g. Zwłaszcza jeśli nie wiadomo, jak cera zareaguje na kosmetyk.

Właściwości  i skład maski (ze strony e-naturalne):
Dzięki zawartości aceroli, bogatej w witaminę C, swoim działaniem hamuje i redukuje efekty starzenia się skóry. 
Ponadto posiada właściwości rozjaśniania przebarwień skóry. Tonizuje i uelastycznia skórę.
Zawarta w masce Spirulina jest bogata w naturalną witaminę A (od 10 do 15 razy więcej niż w marchwi), która jest niezbędna do odbudowy naskórka, i poprawia elastyczność skóry.
Skład:
         Morskie składniki:

  • Morskie polisacharydy
  • Spirulina
Inne:

  • Acerola (witamina C)
  • Olejek eteryczny z pomarańczy
Maska mieści się w plastikowym słoiku. Ma postać różowego proszku, który należy rozrobić z wodą w proporcji 2 : 3, czyli 2 części maski rozprowadzić w 3 częściach wody mineralnej lub źródlanej, niegazowanej. Mieszać do uzyskania gładkiej, jednolitej masy.


Otrzymaną budyniową papkę nakładam na twarz grubą warstwą i czekam 15 - 20 minut. Trzeba ją szybko aplikować, ponieważ papka zaraz zastyga. Po upływie 15 - 20 minut zaczynając od brzegów maski odrywam różowy gumowaty płat.
W miejscach, gdzie maska nałożona jest zbyt cienko, tworzy się zamiast "gumowatej" powłoki biała skorupka, przy której zmywaniu można sobie trochę podrażnić skórę, dlatego staram się nie dopuścić do jej powstania.
Pod maski algowe dobrze jest nałożyć coś na twarz. Pod tę maskę zawsze najpierw aplikuję "serum" olejowe własnej roboty i przepisu ( po prostu mieszam ze sobą kilka olejków, które mają najlepsze działanie na moją buzię, dodaję żel hialuronowy i mieszam ze sobą te składniki), albo przygotowuję serum ze strony e - naturalne (do wyboru są receptury dobrane do potrzeb każdej cery).


Używam tej maski od kilku miesięcy i po każdym zastosowaniu skóra jest promienna, pełna blasku, wygładzona i odżywiona. Naczynka są ukojone i uspokojone, a co za tym idzie prawie niewidoczne, koloryt skóry wyrównany. Buzia jest świeża, nawilżona. Z pewnością widać różnicę po jej użyciu i również na drugi dzień buzia jest w lepszym stanie niż przed zastosowaniem maseczki. Myślę, że ułatwia także wchłanianie dobroczynnych składników zawartych w olejach, co w jeszcze większym stopniu odżywia skórę. Mnie nie podrażniła, ani nie uczuliła, chociaż mam delikatną i naczynkową cerę. Jednak przed pierwszym użyciem obawiałam się podrażnienia ze względu na olejek eteryczny wymieniony w składzie. Osoby wrażliwe na tego typu składniki powinny mieć to na względzie.

Dla mnie jest to jedna z najlepszych maseczek algowych, jakich używałam do tej pory i z pewnością zamówię kolejne opakowanie, gdy wykończę bieżące.

Lubicie takie maski czy uważacie, że zajmują więcej czasu i pracy niż drogeryjne i nie warto po nie sięgać?

sobota, 26 października 2013

Bourjois, Woda micelarna do demakijażu twarzy i oczu

Odkąd pamiętam do demakijażu twarzy i oczu używałam mleczek kosmetycznych, trwałam przy nich nawet kiedy płyny micelarne wdarły się szturmem do polskich drogerii, a wraz z nimi reklamy i gratisy płynów, aby przekonać kobiety do świetnego wynalazku w sferze demakijażu. W końcu  i ja postanowiłam sprawdzić na własnej skórze, co to za kosmetyk, a podjąć decyzję pomogła mi promocja w Rossmannie na micel z Bourjois i naklejka KWC Wizażu. Już po pierwszym użyciu byłam zachwycona działaniem nowego nabytku, a po skończeniu jednej butelki kupiłam kolejną i właściwie dziś nie umiem powiedzieć ile opakowań zużyłam do tej pory.


Dostępność: bardzo dobra, m.in. drogerie Rossmann.
Cena: niecałe 14 zł, często bywa na promocji - za ok. 11,50 zł.
Pojemność: 250 ml.

Skład:


Płyn mieści się bardzo estetycznej fioletowej butelce z przezroczystego plastiku. Na szczycie zatyczki znajduje się charakterystyczna dla wielu kosmetyków pielęgnacyjnych Bourjois plastikowa perła. Nigdy nie zdarzyło się, aby odpadła.


Otwór jest średni, przy innych płynach bywają mniejsze, ale nie miałam problemów z rozlewaniem się, raczej bez kłopotu dozuje się na płatek kosmetyczny.


Konsystencję ma typową dla miceli, a więc wodnistą. Nie zostawia na twarzy lepkiego filmu. Płyn bardzo dobrze zmywa makijaż i inne zanieczyszczenia ze skóry. Nadaje się także do demakijażu oczu i nie podrażnia. Nad tuszem trzeba odrobinkę popracować, ale też nieźle daje sobie z tym radę. Nie używam kosmetyków wodoodpornych, więc nie wiem jak by sobie z nimi poradził. U mnie nie wystąpiło żadne podrażnienie, ani uczulenie. Nie wysusza skóry. Nawilżenia nie wymagam, ponieważ to kosmetyk myjący, a zaraz potem i tak używam innych produktów pielęgnacyjnych. Nie lubię jednak, kiedy środki myjące wysuszają buzię i pozostawiają uczucie ściągnięcia. 


Póki co mam dwóch ulubieńców, jeśli chodzi o płyny micelarne, jednym z nich jest AA Therapy nawilżający płyn micelarny [recenzja], a drugim właśnie woda micelarna z Bourjois.

Używacie płynów micelarnych do demakijażu? Też macie o Bourjois takie dobre zdanie, czy raczej Wam nie odpowiada?

czwartek, 24 października 2013

Spa Vintage Body Oil - olejek do kąpieli "Masło shea"

Jakiś czas temu wstąpiłam do małej drogerii po kilka potrzebnych kosmetyków, spieszyłam się bardzo i wrzucałam do koszyka dobrze znane mi już i wypróbowane produkty, gdy mój wzrok przykuły produkty Spa Vintage Body Oil, których dotąd nie widziałam w żadnej drogerii, ani na blogach. Opakowania były ciekawe, a opis kuszący. Postanowiłam więc spróbować i szybko dołączyły do wybrańców w koszyku.



Dystrybutor: Tenex Sp. z o.o.
Według informacji znalezionych w Internecie seria Spa Vintage Body Oil powstała we francuskiej miejscowości Grasse. Kosmetyki stworzone zostały według  tradycyjnych receptur opartych na naturalnych składnikach, olejach, wyciągach z roślin oraz naturalnych aromatach. 



Objętość: 200 ml.
Dostępne m.in. w Hebe, Tesco, małe drogerie, Internet.
Cena: 10,99 zł - 14,50 zł.
Opis producenta:
Olejek do kąpieli Spa Vintage Body Oil zawiera masło shea, mające w swoim składzie bardzo wiele cennych składników odżywczych, które działają nawilżająco na skórę. Natłuszcza i zapobiega utracie wody z organizmu, dzięki czemu skóra zamiast się starzeć, odbudowuje zniszczone komórki. Chroni skórę przed szkodliwym działaniem wolnych rodników, wykazuje działanie odbudowujące i regeneracyjne, a ponadto pobudzające skórę do wytwarzania większej ilości kolagenu, co wspomaga przeciwdziałanie starzeniu się skóry. Prowitamina B5 zmniejsza utratę wody przez naskórek i skutecznie nawilża skórę, nadając jej miękkość i elastyczność, stymuluje podziały komórkowe, dzięki czemu działa kojąco i regenerująco, poprawia barierę lipidową naskórka. Ekstrakt z zielonej herbaty działa relaksująco, tonizująco, łagodząco, nawilżająco. Aromaterapeutyczny zapach odpręża, relaksuje i sprawia, że kąpiel staje się niezwykłym rytuałem dla ciała i zmysłów. Po kąpieli skóra jest nawilżona i zrelaksowana.
Skład:
Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Polysorbate - 20, Cocamide DEA, Parfum, Phenochem, DMDM Hydantoin, Green Tea Extract, Butyrospermum Parki Butter, Panthenol, Citral, D-Limonene, Linalool, CI 10316, CI 16255, CI 42090.

Dla zainteresowanych analiza składu na podstawie kosmopedii:
  • Sodium Laureth Sulfate (SLES) - substancja myjąca, o dobrych właściwościach pianotwórczych - usuwa zanieczyszczenia z powierzchni skóry i włosów.
  • Cocamidopropyl Betaine - Substancja myjąca, usuwa zanieczyszczenia z powierzchni skóry i włosów. Bardzo łagodna dla skóry i błon śluzowych, łagodzi ewentualne działanie drażniące anionowych substancja powierzchniowo czynnych. Jest bezpiecznym składnikiem stosowanym przede wszystkim w produktach spłukiwanych.
  •  Polysorbate - 20 - Substancja bezpieczna dla środowiska - biodegradowalna. Substancja hydrofilowa (rozpuszczalna w wodzie), dobrze tolerowana przez skórę i błony śluzowe. Emulgator O/W, składnik umożliwiający powstanie emulsji. Jest substancją bezpieczną do stosowania w kosmetykach.
  •  Cocamide DEA - Substancja myjąca, stosowana jako renatłuszczająca w preparatach myjących, która odbudowuje barierę lipidową. Znajduje się na liście substancji dozwolonych do stosowania w kosmetykach wyłącznie w ograniczonej ilości, zakresie i warunkach stosowania.
  •  DMDM Hydantoin - Substancja konserwująca, która uniemożliwia rozwój i przetrwanie mikroorganizmów w czasie przechowywania produktu. Składnik dozwolony do stosowania w kosmetykach w ograniczonym stężeniu. Jego dopuszczalne maksymalne stężenie w gotowym produkcie wynosi 0,6%.
  • Butyrospermum Parki Butter (masło shea)-  Emolient tzw. tłusty. Jeśli jest stosowany na skórę w stanie czystym, może być komedogenny. Zastosowany w preparatach do pielęgnacji skóry i włosów tworzy na powierzchni warstwę okluzyjną (film), która zapobiega nadmiernemu odparowywaniu wody z powierzchni (jest to pośrednie działanie nawilżające), przez co kondycjonuje, czyli zmiękcza i wygładza skórę i włosy. Nadaje połysk. Wykazuje działanie regenerujące.
  •  Panthenol - prekursor witaminy B5 (kwasu pantotenowego), prowitamina B5. Pantenol po wniknięciu w skórę jest przekształcany do kwasu pantotenowego. Oba związki wykazują to samo działanie biologiczne. 
  •  Citral, D-Limonene, Linalool - substancje zapachowe (imitujące zapach cytryny i  konwalii).

Skład nie jest najgorszy w mojej opinii. Zwłaszcza jak na kosmetyki drogeryjne, nie jest przeładowany do granic możliwości chemią. 


Opakowanie dość estetyczne, kojarzy się z latami 20. ubiegłego wieku, a więc wskazuje na długą tradycję, naturalne komponenty, dalekie od sztuczności i wszechobecnych detergentów obecnych czasów.  
Otwór jest niewielki, dzięki czemu nie wylewa się zbyt dużo kosmetyku. Butelka, chociaż z ciemnobrązowego plastiku pozwala na kontrolowanie poziomu zużycia.

Ma konsystencję olejku, nie przecieka między palcami. Dobrze się rozprowadza na skórze i dobrze myje. Nie potrzeba go dużo, aby się umyć, jest wydajny. Używałam go jedynie pod prysznicem.
 

Olejek nie wysusza skóry, ale też nie nawilża na tyle, żeby pominąć użycie balsamu lub masła. Zwłaszcza przy bardzo suchej skórze, może przy normalnej byłby wystarczający. Ja zawsze po kąpieli używam balsamu/masła i nie wymagam od kosmetyków myjących, żeby zastępowały również te produkty, więc nie jest to dla mnie jakiś minus.
Ogólnie byłby całkiem przyzwoitym kosmetykiem myjącym, gdyby nie jedno "ale". Chodzi o zapach, który jest dość intensywny i kompletnie nie przypadł mi do gustu.Trudno powiedzieć z czym się kojarzy, chwilami przebijają dość przyjemne nutki kwiatowe, ale z dodatkiem ciężkich "starodawnych" mazideł, albo olejków do ciasta. Przy pierwszych użyciach z trudem znosiłam tę woń, ale z czasem trochę do niej przywykłam. Warto powąchać zanim dokona się zakupu, albo z góry skreśli, bo przecież każdy ma swoje preferencje zapachowe.

U mnie już sięga denka, z czego się niezmiernie cieszę i więcej się już nie skuszę na ten produkt, mimo że ma swoje plusy, takie jak cena, wydajność, nie wysusza skóry, niezły skład, nie podrażnia, ani nie uczula. Jednak nie wybija się też niczym na tle innych  kosmetyków myjących w drogeriach. Taki średniak, do tego zapach mnie odstręcza. Mam jeszcze masło do ciała Spa Vintage Body Oil z olejem makadamia, którego recenzja pojawi się wkrótce.

Macie jakieś kosmetyki Spa Vintage Body Oil? Spotkałyście się z nimi ?

wtorek, 22 października 2013

Fitokosmetik, Glinka biała Anapska z jonami srebra

Uwielbiam działanie glinek na moją buzię i od dawna stosuję maseczki glinkowe, zarówno z glinki naturalnej, jak i te gotowe w saszetkach, często z dodatkami różnych olejków i innych składników odżywczych. W ramach akcji Październik miesiącem maseczek przedstawiam kolejną recenzję, tym razem białej glinki Anapskiej.


Pojemność: 100 g (opakowanie zawiera 2 woreczki, każdy po 50 g).
Cena: 8,50 zł - 11 zł.
Dostępność: ja swoja kupiłam w sklepie z naturalnymi kosmetykami. Można ją dostać w sklepach online (np. kalina i wiele innych).

Opis producenta:
Biała glinka Anapska charakteryzuje się wysoką zawartością minerałów, dzięki czemu odżywia skórę, stymuluje produkcję kolagenu i przywraca elastyczność . Jako maseczka do twarzy pomaga oczyścić i dotlenić skórę. Posiada właściwości złuszczające, skutecznie redukuje drobne zmarszczki, ujędrnia i poprawia koloryt skóry.
Skład:
100% naturalna biała glinka Anapska z jonami srebra.
Sposób użycia:
Zmieszać glinkę z wodą w proporcji 1:1 do uzyskania gładkiej pasty. Nałożyć na twarz lub włosy, pozostawić na 5 - 15 minut. Spłukać ciepłą wodą.
 Zawsze przygotowuję maseczki glinkowe w naczyniach szklanych (można też użyć np. porcelanowych czy drewnianych) i unikam kontaktu z metalowymi, gdyż glinka traci swoje właściwości. Ponoć można je przywrócić wystawiając glinkę na słońce. 

Wymieszana z wodą glinka ma kolor szarozielony. W przypadku glinki naturalnej nie powinno się dopuścić do jej wyschnięcia na twarzy, dlatego co jakiś czas trzeba spryskiwać buzię wodą termalną, mineralną lub hydrolatem (czasem też używałam toniku). Tutaj na opakowaniu nie znalazłam takiej informacji w języku polskim, a rosyjskiego nie znam, jednak trzymam się tej zasady.


Biała glinka Anapska może być stosowana do cery suchej, wrażliwej, naczynkowej, a także dojrzałej. Nie spowodowała u mnie żadnego podrażnienia, ani uczulenia. Po jej użyciu czuć, że skóra jest oczyszczona. Nie wiem czy sprostałaby w tym aspekcie oczekiwaniom osób z cerą tłustą. Sama czasem używam jej zamiast peelingu enzymatycznego. Po zastosowaniu maseczki skóra staje się promienna, koloryt wyrównany. Zauważyłam też, że naczynka są uspokojone - stają się mniej widoczne, łagodzi też rumień. Buzia jest idealnie wygładzona, pory zwężone, a wszelkie zmarszczki spowodowane odwodnieniem skóry nie są widoczne. Z poważniejszymi zmarszczkami nie da sobie zapewne rady. 

Nie odczuwam natomiast żadnego nawilżenia. Po zmyciu glinki buzia nie jest boleśnie ściągnięta, ale zwykle używam jakiegoś kremu odżywczego lub serum. Mam wrażenie, że dzięki glince inne kosmetyki jeszcze lepiej się wchłaniają.

Traktuję ją jako kosmetyk oczyszczający, napinający, wygładzający, uspokajający naczynka, wyrównujący koloryt skóry i przygotowujący do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych i w tym aspekcie się świetnie sprawdza. Dodatkowo jest bardzo wydajna i cena za 100 g nie jest wysoka.


Lubicie glinki? Które się u Was najbardziej sprawdzają? A może wolicie wygodniejsze rozwiązania w postaci gotowych maseczek?

poniedziałek, 21 października 2013

Golden Rose, Holiday 66 - lakier do paznokci

Każdy chyba już słyszał o serii lakierów Holiday, która pojawiła się na wiosnę. Teksturowa formuła lakieru ma tworzyć efekt cukrowej posypki.

Tak o nich pisze producent:
Seria zawiera 17 modnych odcieni o matowym wykończeniu. Lakiery o numeracji 51-60 to połyskujące drobinki brokatu, natomiast kolory o numeracja 61-67 to lakier o efekcie cukrowej posypki.

Nie należy używać bazy pod lakier oraz top coat. Zaleca się nałożenie dwóch cienkich warstw. Po nałożeniu pierwszej warstwy należy odczekać kilka minut do dokładnego wyschnięcia, a następnie nałożyć kolejną warstwę. Lakier zapewnia długotrwałe matowe wykończenie z efektem cukrowej posypki.
Jednym z posiadanych przeze mnie odcieni z serii Holiday, jest kryjący się pod numerem 66  bardzo ładny kolor brzoskwini z odrobinką różu, który mnie urzekł i jak zobaczyłam go w drogerii, nie mogłam się nie skusić. Wykończenie jest matowe, bez żadnych połyskujących drobinek.

Cena: 12,90 zł.
Dostępność: niektóre drogerie (najczęściej te mniejsze, osiedlowe), sklepy Golden Rose (również online), Allegro.


Pędzelek średniej szerokości, płasko ścięty (przy szerszych pędzelkach preferuję zaokrąglony), ale i tak się nim całkiem dobrze operuje. Konsystencja jest lekko rzadka i może trochę brudzić skórki. Wydaje mi się, że aplikacja lakieru z Lovely, Baltic Sand nr 3 była troszkę łatwiejsza, co nie zmienia faktu, że ten też całkiem nieźle się rozprowadza.

Już po dwóch warstwach ładnie wygląda, ale nie byłam do końca zadowolona z efektu, dołożyłam więc trzecią. Szybko schnie i po cudownym kolorze, to jest jego kolejną ogromną zaletą. Po kilku minutach można nakładać kolejną warstwę. Trwałość jest średnia, na 3 dzień się ściera na końcach.



piątek, 18 października 2013

Timotei, Wymarzona Objętość, Odżywka do włosów cienkich i delikatnych

Długo nie przepadałam za nakładaniem odżywek na włosy, zwłaszcza takich, które trzeba trzymać na głowie pół godziny i potem spłukać, zwykle czas mi nie pozwalał na takie "zabawy". Regularnie i sumiennie używałam  odżywek i innych samo robionych "papek" jeszcze w liceum i na początku studiów. Potem przestałam w ogóle kupować odżywki, gdyż za każdym razem powtarzał się ten sam scenariusz, na początku udawało mi się  raz czy dwa zastosować nowy nabytek, potem stała w łazience bezużytecznie do upłynięcia terminu przydatności, po czym lądowała w koszu.


Ta odżywka pewnie nigdy nie trafiłaby w moje ręce, gdybym prawie rok temu nie dostała jej w prezencie. Skoro już pojawiła się w łazience, a na opakowaniu przy instrukcji użycia widniało: "Nałóż odżywkę na wilgotne włosy od nasady po same końce i dokładnie spłucz. Dla lepszej pielęgnacji pozostaw odżywkę na włosach 1 minutę", to postanowiłam spróbować. Tyle czasu mogłam poświęcić na trzymanie odżywki, czekając tę chwilę zawsze mogłam umyć wannę czy kabinę prysznicową i następnie spłukać kosmetyk. Działanie też mnie usatysfakcjonowało.

Pojemność: 200 ml.

Obietnice producenta:
Odżywka Timotei Wymarzona Objętość dodaje włosom objętości i witalności naturalnego, zdrowego wyglądu. Specjalna receptura do cienkich i delikatnych włosów wzbogacona ekstraktem z pestek guarany oraz ekstraktem z różowego grejpfruta o lekkiej konsystencji nie obciąża włosów pozostawiając je niesamowicie miękkie w dotyku.
Skład:


Opakowanie plastikowe, ma opływowy kształt, jest poręczne, łatwo utrzymać je w dłoni, nie wyślizguje się nawet, gdy mam mokre ręce. Można postawić ja na zakrętce, co jest wygodne. Konsystencja typowa dla odżywek, zbliżona do kremowej, ale znacznie rzadsza. 


Bardzo lubię jej owocowy zapach. Jeśli myję włosy rano, to utrzymuje się on prawie cały dzień, jeśli wieczorem, to na następny dzień już go nie wyczuwam.


Moja opinia:
 Odżywka faktycznie sprawia, że włosy są bardziej puszyste, mają większą objętość i tego od niej oczekiwałam. Dodatkowo są bardzo miękkie w dotyku, a także sypkie. Nie obciąża włosów i jest wydajna, wystarczy niewielka ilość, żeby osiągnąć zamierzony rezultat, gdy nałożymy jej za dużo efektem może być nawet lekki przyklap. Nie nakładałam jej u nasady włosów, więc nie powiem, że odbija od nasady. 

Moje włosy lubią się puszyć ( w średnim stopniu), dodatkowo często na długości bywają suche, przez to za 3 minuty po uczesaniu, wyglądają jakby były nieczesane, a ta odżywka sprawia, że dłużej wyglądają na puszyste, świeże, miękkie i "uczesane"(przy regularnym stosowaniu), nadaje im trochę gładkości, ale radykalnie nie wygładza tego puszenia. Czy ułatwia rozczesywanie nie będę się wypowiadać, gdyż nie mam z tym problemu. Nie mogę też powiedzieć, żeby odżywiała włosy, albo wspomagała końcówki (w razie zniszczonych, to tylko nożyczki pomogą), ale tego od niej nie oczekiwałam. "Rozliczam" ją z obietnic producenta, a te zostały spełnione. W trakcie jej stosowania nie odnotowałam szybszego przetłuszczania się włosów, ani też wysuszenia.

Plusy:
- dodaje objętości,
- nadaje włosom super miękkość,
- sprawia, ze włosy lepiej wyglądają (na uczesane), 
- nie obciąża włosów,
- dobrze się spłukuje,
- nieuciążliwa aplikacja,
- zapach,
- wydajność,
- cena.

Minusy? Cóż, miło by było, gdyby dodatkowo wygładzała włosy (niwelowała puszenie) lub nawilżała, ale nie mogę jej za to winić, gdyż nie takie jest jej przeznaczenie.

Ogólnie satysfakcjonuje mnie działanie tej odżywki  i muszę przyznać, że z chęcią po nią sięgałam. Dzięki niej nauczyłam się regularnie stosować tego typu kosmetyki, ze względu na dość łatwą i szybką aplikację. Poprawia wygląd włosów. Czy kupię? - Nie wiem. Jest dobra, ale mam jeszcze kilka odżywek do przetestowania, zwłaszcza interesują mnie takie, które ujarzmią puszenie i nawilżą włosy.

Lubicie stosować odżywki do włosów? Macie swoich ulubieńców, jakieś hity? Co sądzicie o produktach do pielęgnacji włosów firmy Timotei?

czwartek, 17 października 2013

Korres, Rozjaśniająca maseczka dla wszystkich rodzajów skóry z olejkiem z dzikiej róży

Dziś kolejny post w ramach akcji Październik miesiącem maseczek, który będzie poświęcony produktowi firmy Korres - Wild Rose Instant Brightening & Illuminating Vitamin C Mask. Nie jest to opinia po jednorazowym użyciu produktu, ale po wielokrotnym zastosowaniu. Oczywiście pojemność opakowania nie jest ogromna, ale po każdej aplikacji maseczki efekt jest podobny.


Najpierw miałam próbkę tej maseczki o pojemności 4 ml, która wystarczyła mi na trzy użycia (na samą twarz). Wspominałam o niej w lipcowym denku. Za tę małą saszetkę zapłaciłam 10 zł. Ponieważ efekty były zadowalające i była to jedna z lepiej działających maseczek, jakich do tej pory używałam, to zamówiłam większe opakowanie. Tym razem  o pojemności 16 ml, za którą zapłaciłam 26,90 zł na Allegro.

Dostępna jest m.in. na Allegro. Produkty marki Korres można spotkać także w Sephorach (tu ponoć kosztuje 45 zł).

Korres jest grecką firmą, która reklamując swoje kosmetyki, zapewnia, że mają w swoim składzie tylko naturalne składniki. Nie zawierają parabenów i innych substancji potencjalnie szkodliwych.

Opis działania (z wizażu):
Maseczka do twarzy o działaniu rozjaśniającym i rozświetlającym jest przeznaczona do wszystkich rodzajów skóry. Olejek z dzikiej róży to naturalne źródło witaminy C, która wygładza drobne linie i zmarszczki oraz rozjaśnia skórę. Dodatkowo kompleks ekstraktów ziołowych redukuje przebarwienia oraz sprawia, że cera staje się promienna.
Owoc dzikiej róży jest bogatym źródłem witaminy C, która wygładza drobne zmarszczki i wyrównuje przebarwienia powstałe na skórze. Dodatkowo olejek z dzikiej róży zawiera duże ilości kwasu linolowego i linolenowego, dzięki czemu ma właściwości nawilżające, gojące oraz zmiękczające. Jednocześnie tworzy na skórze ochronny film, który wspomaga proces regeneracji komórek i poprawia strukturę naskórka.



Maska znajduje się w plastikowej tubce z zakrętką, z której można wydobyć produkt do końca. Niewielki otwór gwarantuje kontrolę nad wydobywaną ilością kosmetyku.  Konsystencja kremowa. Zapach nie jest drażniący, ani nieprzyjemny, wręcz przeciwnie - całkiem ładny. Produkt jest bardzo wydajny, nawet ta mała pojemność 16 ml wystarcza na naprawdę wiele zastosowań.


W trakcie trzymania kosmetyku na twarzy na początku czuć mrowienie, pierwotnie intensywniejsze, potem coraz słabsze, które można porównać do ciepłego kompresu.
Maskę należy stosować raz lub 2 razy w tygodniu na czystą i suchą skórę, unikając okolic oczu. Trzymać ją ok. 10 - 15 minut i usunąć z twarzy. Maska nie wchłania się samoistnie, lecz przez cały czas pozostaje biała warstwa na twarzy.


Kosmetyk całkiem nieźle nawilża (nie jest to może ideał w dziedzinie nawilżania, ale efekt jest całkiem przyzwoity). Ujędrnia skórę - staje się ona bardziej "zbita", elastyczna, a przede wszystkim ładnie wygładzona (pory i drobne zmarszczki mimiczne) i miękka. po zastosowaniu maseczki buzia jest niewątpliwie rozjaśniona, taka promienna i wypoczęta, można by rzec rozświetlona, koloryt jest wyrównany. Nie podrażniła mnie, ani nie uczuliła,  ma działanie łagodzące.

Faktycznie mogę się zgodzić, że poprawia strukturę naskórka, wyrównuje fakturę skóry. Jednak efekt utrzymuje się do drugiego dnia po aplikacji, nie jest długotrwały. Może przy regularnym stosowaniu przez kilka miesięcy poprawa byłaby bardziej "trwała", ale opakowanie 16 ml to chyba za mało, żeby wypracować efekty w tej dziedzinie. Podobnie rzecz ma się z niwelowaniem przebarwień na skórze. Sama mam kilka przebarwień pozapalnych (pamiątek po wypryskach) i zdaję sobie sprawę, że do ich usunięcia potrzebne są kosmetyki wybielające stosowane codziennie przez kilka miesięcy, albo zabiegi silnie działające, np. kuracja kwasami. Dlatego nie liczyłam, że ta maska coś poprawi w tej kwestii. Owszem, zauważyłam rozjaśnienie przebarwień, ale stosuję też wiele innych kosmetyków, które mają temu służyć.

Plusy:
- rozświetla buzię,
- ujędrnia,
- wygładza,
- dostatecznie nawilża,
- niesamowicie wydajna,
- łatwa i szybka aplikacja,
- łagodzi podrażnienia.

Minusy:
- cena,
- dostępność,
- mogłaby lepiej nawilżać.

Podsumowując, jestem zadowolona z tej maski, bo dało się zauważyć rezultaty jej działania. Bardzo lubię efekt rozświetlenia, wygładzenia i ujędrnienia cery. Używałam jej często przed większymi uroczystościami, ale więcej chyba jej nie kupię, głównie ze względu na cenę i kiepską dostępność. Ostatecznie nie jest to produkt, bez którego nie mogłabym się obejść, ale na pewno jedna z lepszych maseczek, jakich używałam.

wtorek, 15 października 2013

Miss Sporty, Clubbing Colours nr 344

Robiąc w Rossmanie zakupy we wrześniu do koszyka wrzuciłam fioletowy lakier z Miss Sporty.  Bardzo mi się spodobał kolor fioletu - wrzosu. Miałam go już kilka razy na paznokciach, ostatnio znowu na nich gości, więc postanowiłam napisać co nieco o tym, jak się sprawuje.


Pojemność 7 ml, więc zdążę go zużyć zanim wyschnie.
Cena: 4,79 zł (w promocji).



Konsystencja jest odpowiednia, ani nazbyt rzadka, ani zanadto gęsta. Przy aplikowaniu lakieru nie robią się smugi. Do ładnego pokrycia płytki wystarczy nawet jedna grubsza warstwa, albo dwie cienkie. Pędzelek jest taki, jak lubię, czyli dość szeroki, na końcu zaokrąglony i dobrze się nim rozprowadza lakier. Nie trzeba czekać w nieskończoność aż wyschnie, co także mu się chwali.

Jestem też zadowolona z jego trwałości. Wytrzymuje 3 dni, a na 4 zaczyna się ścierać na końcach, co u mnie jest naprawdę świetnym wynikiem.


Ogólnie jestem zadowolona z właściwości tego lakieru i mam ochotę na wypróbowanie innych odcieni z Miss Sporty Clubbing Colours.

piątek, 11 października 2013

Nowości w mojej kosmetyczce

We wrześniu "oszczędzałam" troszkę i ograniczyłam się właściwie do uzupełnienia braków w kosmetykach pielęgnacyjnych. Natomiast w tym miesiącu poszalałam i to już na samym początku października. Moje zakupowe zdobycze zdominowała kolorówka i kosmetyki do pielęgnacja włosów.


- Pat & Rub, Mini rewitalizujący balsam do rąk, Żurawina i cytryna, 50 ml - wokół kosmetyków z Pat & Rub jest sporo szumu, postanowiłam więc przekonać się na własnej skórze, czy są warte zachodu, no i tej ceny! Ponieważ ciągle szukam dobrego kosmetyku, który  nawilży i odżywi moje dłonie, wybrałam balsam do rąk w opakowaniu 50 ml, które wcale nie jest takie mini i myślę, że wystarczy na wyrobienie sobie opinii. Cena: 19 zł.

- Pat & Rub, Mini krem do twarzy AOX, 5 ml - wrzuciłam do koszyka przy okazji składania zamówienia. Tutaj faktycznie mamy do czynienia z próbką kremu, którego pełnowymiarowe opakowanie 100 ml kosztuje, bagatela! 192 zł. Oczekiwania wobec niego mają prawo być naprawdę duże. Cena próbki: 10 zł.

- Dove, Kremowy płyn myjący, 250 ml - moje kolejne opakowanie tego kosmetyku, który pojawił się także w ostatnim denku. Bardzo dobry produkt, który sprawdza się zarówno do mycia dłoni, jak i całego ciała. Cena: ok. 6 zł.


- The Balm, Mary - Lou Manizer, wielofunkcyjny rozświetlacz, 8,5 g - od kilku miesięcy kusił mnie ten rozświetlacz, jednak obawiałam się, że może być zbyt złoty/żółty do mojej bardzo jasnej karnacji. Faktycznie jest "złoty", ale gdy nałoży się niewielką ilość to nadaje się nawet dla bladziochów. Wiele też zależy od tonacji podkłdu. Cena: 61,90 zł.

- Paletka Sleek, Au Naturel - ta paletka kusiła mnie od bardzo dawna, właściwie od początku mojej przygody ze Sleekami i nie wiem dlaczego tyle zwlekałam z jej zakupem. Cienie mają śliczne kolory i od razu się nią zachwyciłam. Cena: 37,50 zł.

- Pędzel Hakuro H50 do podkładu - od dawna używam pędzli Hakuro. Do makijażu oczu mam już chyba wszystkie pędzelki z tej firmy i jestem z nich zadowolona. Podkład na ogół nakładam palcami i dla mnie to najlepsza forma aplikacji tego kosmetyku, ale czasem dobry pędzel by się przydał. Zobaczymy czy ten polubię tak bardzo, jak pędzelki do cieni. Cena: 30,90 zł.

- Max Factor, Face Finity All Day Flawless 3 w 1, 47 Nude - podkład, korektor i baza w jednym. Śmiało mogę powiedzieć, że to mój ulubiony podkład, którego używałam od kilku miesięcy. Jego recenzja znajduje się TU. Niestety ma jedną wadę, którą jest szklane opakowanie i niestety buteleczka mi się rozbiła, dlatego też pojawił się w ostatnim denku. Idealny dla mnie odcień, to 55 Beige (najjaśniejszy), ale moja buzia wygląda "biało" po jego nałożeniu, a przy 47 Nude dużo bardziej "zdrowo" i promiennie. Dlatego zdecydowałam się na odrobinę ciemniejszy odcień, który zresztą też jest odpowiedni dla mnie i podkład się nie odcina od szyi. Jego regularna cena to 59,99 zł, mnie się udało kupić na promocji w Rossmannie  za 41,99 zł.


- Golden Rose, Pomadka do ust z woskiem pszczelim, nr 98 oraz 114 - świetne pomadki, które większość z nas zapewne zna. Nr 98 to bardzo ładny odcień nude (z prawej). Nr 114 jest bardziej wyrazistym różem, jednak nie jaskrawym. Zdjęcia niestety nie oddają faktycznych kolorów, ale pewnie niebawem pojawi się ich recenzja i lepsze fotografie. Cena: 7,99 zł/szt.

- Herba Studio, Tisane, balsam do ust w słoiczku - po wykończeniu słoiczka, kupiłam kolejny. Świetny produkt, o którym pisałam TU. Cena: 9 zł.


- Marion, 7 efektów, kuracja z olejkiem arganowym, 50 ml - cudów się po niej nie spodziewam i nie oczekuję, że odmieni moje włosy, jednak mam nadzieję, że zniweluje puszenie się włosów i nada im miękkości. Pachnie cudownie. Cena: 11,50 zł.

- Farmona, Jantar, odżywka do włosów i skóry głowy, 100 ml - słynna wcierka Jantar, która ma przyspieszać porost włosów i zahamować ich wypadanie. Z tego, co się orientuję firma postanowiła "udoskonalić" ten produkt, który był hitem włosomaniaczek i wprowadziła nową recepturę, która już nie ma tak pochlebnych recenzji. Starej wersji nie używałam. Kupiłam ją nie tyle po to, żeby przyspieszyć porost włosów, gdyż sięgają już właściwie do pasa, ale po to, żeby zaradziła coś na ich wzmożone wypadanie, które obserwuję już od kilku miesięcy. Cena: 10 zł.

- Garnier, Ultra Doux, Awokado i masło karite, odżywka pielęgnacyjna, 200 ml - tej odżywki jeszcze nie miałam, ale ma sporo pozytywnych recenzji, więc liczę, że na moich włosach też się sprawdzi. Cena: ok. 8 zł.

To tyle moich październikowych szaleństw. Teraz postaram się być grzeczna.

A jak wasze zakupy w tym miesiącu? Miałyście któryś z tych produktów? Coś was zainteresowało? Może same macie ochotę na któryś z tych kosmetyków?

środa, 9 października 2013

Photoshop w proszku czyli maska algowa peel-off pod oczy

Kolejna recenzja w ramach akcji Październik miesiącem maseczek. Bohaterem dzisiejszego posta będzie maska algowa peel-off pod oczy ze sklepu e-naturalne, oferującego półprodukty do wyrobu własnych kosmetyków.





Skład:
INCI:  Solum Diatomeae (Diatomaceous Earth/Terrede Diatomées) - Algin - Calcium Sulfate - Tetrasodium Pyrophosphate - Sodium Ascorbate -Trisodium Phosphate - Crithmum Maritimum Extract - Himanthalia
Elongata Extract.
Zastosowanie (ze strony e-naturalne, tam też odsyłam zainteresowanych szerszym opisem):
Oferowana przez nas maska ma na celu pielęgnację bardzo delikatnej skóry wokół oczu. Brązowe algi i polisacharydy morskie są bogate w witaminy i mikroelementy, przez co maska wspomaga regenerację komórek skóry. Zawiera drogocenną witaminę E oraz kolagen – składniki niezbędne w walce z efektami starzenia się skóry, a także ważne przy prawidłowym nawilżeniu delikatnej skóry wokół oczu.
Maska jest świetną bazą, nadającą się do pielęgnacji skóry potrzebującej nawilżenia, silnej regeneracji, dotlenienia oraz pielęgnacji przeciwzmarszczkowej. 

Wskazania:


  • zmarszczki;
  • kurze łapki;
  • cienie pod oczami, zmęczenie;
  • kuracja antystarzeniowa;
  • regeneracja skóry wokół oczu.
Pojemność: 10g lub 30g.
Cena: 5,40 zł/10g lub 12,90 zł/30g.
Dostępność: sklep internetowy e-naturalne.pl.


Maska przychodzi do nas w plastikowym słoiczku z szerokim otworem, z którego możemy bez problemu wydobyć łyżeczką potrzebną ilość. Zakrętka zabezpiecza zawartość przed wysypaniem, nie ma z nią problemów, jest przymocowana do opakowania.



Kosmetyk ma postać białego, bezzapachowego, dobrze zmielonego proszku. Aby nadawał się do nałożenia na twarz należy porcję (łyżkę) maski rozpuścić w trzech łyżkach zimnej wody mineralnej lub źródlanej, niegazowanej (to wystarczy nawet na całą buzię). Ponieważ można ją stosować na całą twarz, to proporcje dobiera się według uznania, zależnie od tego, na jaki obszar skóry ma być nałożona. Następnie mieszamy do uzyskania jednolitej masy, którą trzeba rozprowadzić grubą warstwą na twarz. Algi po chwili zastygają, więc należy bardzo szybko aplikować otrzymaną mieszankę.

Aby uzyskać lepsze efekty wchłaniania składników pod maski algowe dobrze jest coś wcześniej zastosować. Może to być np. serum - moje ulubione według przepisu z e-naturalne, to "Serum olejowe do zmęczonej skóry" bardzo łatwe do wykonania. Mieszamy ze sobą następujące substancje:
- olej arganowy (30 %),
- olej z pestek dzikiej róży (30%),
- olej z avocado (30%),
- kolagen  i elastyna (10%).
Dokładny przepis znajdziemy na stronie e-naturalne [klik]. Są tam także receptury na inne sera, każdy może wybrać sobie to, co aktualnie mu odpowiada.


Jeśli nie mamy akurat takich składników, to równie dobrze może to być jakiś jeden olejek, albo np. kapsułki - "rybki" twist off Dermogal A+E.
Często też mieszam ze sobą kilka olejków, które służą mojej skórze, dodaję kilka kropel żelu hialuronowego i gotową miksturę (własnego przepisu) nakładam pod maskę algową.

Wypróbowałam już chyba wszystkie powyższe warianty, również aplikowałam algi na czystą skórę, ale raczej nie polecam tej opcji, zwłaszcza osobom o wrażliwej i suchej cerze. Co prawda efekt też był przyzwoity, ale nie taki, jak z uprzednim zastosowaniem choćby samego olejku.

Maska zastyga na twarzy tworząc "gumowatą" białą powłokę, którą po 15-20 minutach ściągamy, zaczynając od krawędzi. Po czym przemywamy twarz wodą.

Jest bardzo wydajna. Wybrałam opakowanie 10g i stosuję ją od kilku miesięcy dość często (przynajmniej raz na tydzień), a jeszcze trochę mi pozostało. Zwykle nakładam ją na okolice oczu, jeśli rozrobi mi się jej trochę więcej to rozszerzam pole aplikacji, żeby nic się nie zmarnowało. Raz czy dwa nałożyłam ją na całą twarz.  Do twarzy jednak mam jeszcze inne maski algowe, więc ograniczam się zwykle do rejonów okołoocznych.

Jakie ma działanie?
Maska faktycznie regeneruje skórę wokół oczu, usuwa oznaki zmęczenia, a także wygładza delikatnie zmarszczki, zwłaszcza te spowodowane przesuszeniem skóry oraz drobne "kurze łapki". Co więcej trochę rozjaśniła cienie pod oczami, czego nawet nie oczekiwałam. Jako właścicielka okazałych genetycznych cieni, których jak wiadomo, żaden kosmetyk nie zniweluje, z czym już się pogodziłam, byłam zaskoczona, gdy po ściągnięciu maski zobaczyłam bardziej rozświetloną, rozjaśnioną i wypoczętą skórę. Fioletowe cienie stają się trochę mniej intensywne, natomiast z żółto - brązowymi radzi sobie jeszcze lepiej. Oczywiście w 100% nie znikają, ale poprawa rzuca się w oczy. Koloryt skóry jest bardziej wyrównany.

Owszem, jeśli cienie pojawiają się w wyniku niewyspania, przemęczenia, to różnorakie żele i kremy, poprawiając krążenie, są w stanie coś zdziałać wokół oczu. W przypadku cieni, które mamy od urodzenia, żaden kosmetyk nie da rady. Pozostaje chyba jedynie korektor.

Plusy:
- regeneruje skórę,
- delikatnie wygładza drobne zmarszczki,
- napina skórę,
- trochę rozjaśnia cienie.

Minusów według mnie nie ma.

Kiedy pierwszy raz ściągnęłam tę maskę z twarzy, miałam wrażenie, że skóra wokół oczu wygląda, jak po zastosowaniu Photoshopa - gładka, wypoczęta, rozjaśniona, nawilżona, cienie trochę zniwelowane. Zauważyłam, że efekt w znacznym stopniu, przynajmniej w moim przypadku zależy od tego, jakiego produktu użyłam pod maskę - jeśli dobieram substancje, które mają najlepsze działanie na moją skórę, to ten efekt jest naprawdę świetny.  Maska algowa peel off pod oczy to mój KWC! Znlazła się w ulubieńcach lipca [klik], ale jest to także ulubieniec każdego kolejnego miesiąca.

wtorek, 8 października 2013

Laura Mercier, Silk Creme Foundation, Podkład w odcieniu Soft Ivory

Dla mnie dobry podkład to podstawa makijażu, musi spełniać kilka zadań - wyrównywać koloryt cery, dobrze się rozprowadzać, kryć przynajmniej w średnim stopniu, nie może też wysuszać, ani tworzyć maski. Do codziennego makijażu mam swoich faworytów, natomiast na większe okazje, rozglądałam się za kosmetykiem niezawodnym i najlepiej o długotrwałym działaniu, bo nie zawsze jest czas, aby poprawić makijaż. Szukając swojego ideału natrafiłam na podkład Laura Mercier, Silk Creme Foundation, który wydawało się, że wychodzi naprzeciw tym oczekiwaniom.



Pojemność: 35 ml.
Produkt możemy używać przez 18 miesięcy od otwarcia opakowania.
Cena: ok. 150 zł - 190 zł.
Dostępność: kiepska, stacjonarnie w Polsce właściwie nieosiągalny (gdzieś czytałam, że w niektórych Sephorach można go spotkać, ale nie miałam okazji tego sprawdzić), jedynie online: np. truskawka, Allegro.



Opis producenta (z truskawki):

  • Kremowy podkład o bogatej konsystencji, zapewniający pełne krycie
  • Zawiera drobinki odbijające światło, które optycznie tuszują zmarszczki i niedoskonałości oraz nadają skórze świeżego blasku
  • Nawilża i chroni skórę
  • Długotrwały i wydajny
  • Nadaje skórze jedwabiście gładki, nieskazitelny, matowy wygląd
  • Beztłuszczowy
  • Bezzapachowy
Skład:

Podkład mieści się w plastikowej tubce z zakrętką. Nie ma obawy, że się rozbije, nadaje się do torebki, lub można postawić go na zakrętce na toaletce. Opakowanie zawiera tylko niezbędne napisy, jest eleganckie. Tubka ma ciemnobrązowy kolor i nie ma możliwości wglądu w poziom zużycia kosmetyku.  Otwór jest niezbyt duży, dzięki temu można wydobyć odpowiednią ilość produktu. Przed użyciem należy wstrząsnąć tubką, aby wszystkie składniki dobrze się wymieszały.



Konsystencja jest odpowiednia, podkład nie jest zbyt rzadki, ani też gęsty i toporny. Dobrze się rozprowadza, nie zastyga natychmiast, tak że bez problemów można go nałożyć i wykonać jeszcze jakieś poprawki.

Mam odcień Soft Ivory (bardzo jasny), który dobrałam sobie przez Internet i okazał się trafiony dla mojej cery. Podoba mi się, że nie jest "ziemisty", lecz bardziej beżowy/kremowy, dzięki czemu  rozświetla cerę, sprawia, że  buzia wygląda zdrowo. Nie tworzy maski, efekt jest bardzo naturalny, ma ładne pudrowe wykończenie. Nie  matuje, tak bardzo, że skóra jest ściągnięta. Nie przesusza.

Krycie ma raczej średnie, a nie mocne, ale można nałożyć go więcej w miejscach tego wymagających. Mimo iż mocno nie kryje moich niedoskonałości (naczynka, przebarwienia pozapalne - różowe plamki po trądziku), to jednak jestem usatysfakcjonowana tym efektem, bo koloryt cery jest wyrównany i buzia nie wygląda, jakbym miała tonę tynku.

Od lewej: mieszanka Laura Mercier + MF LP 102 Pastelle, Max Factor LP 102 Pastelle, Laura Mercier Soft Ivory, Max Factor LP 101 Ivory Beige

Nie jest to jednak podkład idealny. Największą wadą jest to, że bezlitośnie podkreśla wszelkie niedoskonałości, np. suche skórki, zbiera się w załamaniach, zmarszczkach, wchodzi w pory, tworząc efekt biszkopta. Jeśli skóra jest przesuszona czy odwodniona, to z pewnością to uwydatni. Makijaż wygląda nieestetycznie.

Nadaje się do stosowania wyłącznie na wypielęgnowaną skórę, dobrze nawilżoną. Jeśli cera ma gorsze dni, to koniecznością staje się użycie bazy (np. Korres, o której pisałam TU),  która wygładzi buzię, ale też przedłuży trwałość podkładu, bowiem pod tym względem także nie jest najlepiej. Nie należy on do długotrwałych, wytrzymuje zaledwie ok. 3 godziny. Innym sposobem na "podrasowanie" podkładu i zniwelowanie jego wad, było mieszanie go z innym podkładem.

Ponieważ początkowo był zbyt jasny i nakładałam go na krem z filtrem, który trochę bielił skórę, to mieszałam go w stosunku 1:1 z podkładem Max Factor Lasting Performance (102 Pastelle, który jest dla mnie zbyt ciemny), wówczas nie zbierał się w nierównościach skóry, nie było mowy o efekcie biszkopta i zyskiwał na trwałości. Z tej mieszanki powstał kosmetyk niemal idealny, usłyszałam nawet kilka komplementów i pytań jakiego podkładu używam.

Ściera się/schodzi z twarzy nierównomiernie, tworząc brzydkie placki. Nie muszę dodawać, że wygląda to nieciekawie.
Większość zatem obietnic producenta nie została spełniona.
Owszem, gdyby ten produkt kosztował 20-30 zł, to bym mu wybaczyła te niedociągnięcia, stosowałabym, bazę, czy bawiła się w mieszanie go z "ulepszaczami", ale podziękuję za podkład za 170 zł, który uwydatni wszystko to, co chciałabym zakryć.


Produkt będzie najbardziej odpowiedni dla osób, które mają ładną, gładką cerę, tylko wówczas nie wiem czy im się opłaca sprowadzać "w ciemno" kosmetyk, do tego dość kosztowny, ryzykując, że nie trafią odpowiedniego odcienia, gdy drogeryjne półki uginają się od podkładów, których odcień, konsystencję można sprawdzić  i kosztują co najmniej 4 razy mniej.
Jestem w stanie zainwestować w dobry podkład, na którym będę mogła polegać, zwłaszcza jeśli wystarczy mi na kilka miesięcy stosowania. Natomiast uważam, że ten nie jest wart swojej ceny.

Plusy:
- nie tworzy maski,
- naturalny efekt,
- nie wysusza,
- ładny odcień,
- przyzwoite krycie,
- opakowanie,
- długi termin przydatności,
- wydajność.

Minusy:
- podkreśla niedoskonałości,
- tworzy efekt "biszkopta",
- nierównomiernie schodzi z twarzy, 
- wygórowana cena,
- kiepska trwałość,
- dostępność (na polskim rynku).

Zużyję go do końca, aplikując wcześniej bazę lub mieszając z innymi podkładami, ale więcej nie kupię tego kosmetyku, zwłaszcza ze udało mi się znaleźć dużo lepszy produkt, powszechnie dostępny, który mnie w pełni zadowala, mam tu na myśli Max Factor, Face Finity All Day Flawless 3 w 1, o którym pisałam TU.